Pewien projekt

9


Pisanie akurat tej notki odkładałam od wielu lat. Jest to notka bardzo osobista, która odkrywa moje „miękkie podbrzusze” – nienawidzę tego określenia szczerze mówiąc. Czytam sobie właśnie „Żywe lalki. Powrót seksizmu” Natashy Walter i choć nie jest to pozycja ani odkrywcza ani rewelacyjnie napisana, to przypomniała mi ona o dawno odkładanych tematach. Tematach, które krążą w mojej krwi od wielu lat i choć potrafię o nich rozmawiać, to nie wiem, czy umiem o nich napisać. Bo są rzeczy, o których pisać jest trudno. Rzeczy, które nas dotyczą. Trudno się w ich przypadku ukryć za uogólnieniem, trudno nabrać powietrza w płuca i zaczerpnąć dystansu. Za to łatwo narazić się na śmieszność i krytykę, popaść w banał. Bardzo bym tego nie chciała. Chociaż nawet całkiem niezłym pisarkom się to nie udaje.

Zacznę może od anegdoty.

Anegdoty są dobre na początek notki. Anegdota jeden: Przychodzę do domu rozanielona ze świeżutko wydrukowanym programem treningowym „Nowa ty ble ble ble”. Na lodówce wisi trening biegowy, w domyśle jest joga, a ja znajduję kolejne nie mając czasu ani silnej woli do realizacji już zamierzonych. Niestety mój optymizm nacina się na sceptycyzm pani Doktor. Pani Doktor bierze do ręki kartki i czyta głośno „Niech centymetry będą miarą Twojego sukcesu…” Co za bzdura mówi ona. A ja na to, że nie, że to nowy trend jest w odchudzaniu, że już nie ważymy a mierzymy. Sceptyczne spojrzenie powoduje, że dociera do mnie, iż pewne rzeczy są dla mnie do lat niewidoczne.

Stoję za ścianą. Mieszkam w krainie, gdzie centymetry i kilogramy mają wymierny wpływ na jakość mojego życia i moje samopoczucie. Tego typu hasło nie brzmi dla mnie absurdalnie i głupio, a wręcz infantylnie, że centymetry mojego uda są miarą mojego sukcesu. Ja naprawdę wierzę w to, że obwody tudzież kilogramy (oczywiście znikające) są miarą mojego szczęścia. Podporządkowałam temu swoje  życie i trudno jest o tym nie myśleć. Jem normalnie, ale zawsze z tyłu głowy mam coś na kształt wielkiej, wściekle różowej żarówki, która mówi „NIE JEDZ TEGO!”

Anegdota dwa: Zawsze w restauracjach spotyka mnie to samo. Rzeczony je co chce. Ja kalkuluję. Nie wybieram dań z karty, ja wybieram dania z  sekcji pt. gruba czy chuda. Jestem w stanie zjeść każde paskudztwo, które wygląda na zdrowe i niskokaloryczne. Na szczęście Rzeczony dzieli się ze mną posiłkami, dokarmia i nie może zrozumieć, że ja dzielę jedzenia według tego, co miałabym ochotę zjeść oraz to co powinnam i co mogę zjeść. I tak, mimo, że kocham smak makaronu carbonarę odważyłam się zjeść miesiąc temu, pierwszy raz w życiu. Przyjacielskie kpiny z kaloryczności makaronu (jeśli właśnie odważyłam się zjeść makaron) automatycznie powodują, że zastanawiam się czy powinnam TO zjeść. Czy mogę… A może jednak sałatka? Ale jeśli nie chcę jeść sałatki, a jem makaron, który chcę zjeść, to jakie będą tego konsekwencje?

Poczucie winy towarzyszy mi dokąd zaczęłam dojrzewać. A może raczej od momentu, w którym urosły mi piersi i biodra. Byłam dobrym tematem do gimnazjalnych żartów, bo szybko zaczęłam dojrzewać. To, co podobało się chłopcom w Marylin Monroe u mnie było tematem do okrutnych kpin. Nauczyła się sobie z tym radzić. Sama zaczęłam z siebie kpić. Trudno jest przestać, jak raz się zacznie, do dziś mi się to zdarza. Ale już tak nie chcę, bo to mnie boli. Do dziś pamiętam, kiedy kolega w barze odwrócił się i powiedział do mnie (i do całej reszty): „Zwolnijcie dwa miejsca, idzie do nas Kasia”.

Od czasów gimnazjum dużo się zmieniło. Ja się zmieniłam. Polubiłam warzywa, zaczęłam jeść fajne i smaczne rzeczy, pokochałam sport i dobrze się ze sobą czuję. Ale w mojej głowie mieszka ktoś, kto widzi nie osobę, która TERAZ odbija się w lustrze, ale kogoś kim byłam wcześniej. Mimo, iż wiem, że teraz wyglądam pięknie, kwitnąco i czuję się ze sobą naprawdę dobrze, nie zmienia to faktu, że to jest to projekt długoterminowy. Projekt „lubię siebie”.

Wśród kobiet, które znam na palcach jednej ręki mogę policzyć te, które się nie odchudzały. W liceum byłyśmy w tym dobre. Potrafiłyśmy organizować sobie całe mistrzostwa dostarczania minimalnych ilości kalorii. Jogurt pianka, jabłko, pomidor, wasa. Może gorący kubek. Dieta kopenhaska. 1000 kalorii, picie soku z cytryn. Ja na przykład bardzo chciałam zostać bulimiczką. Jesz a nie jesz. Prowokowanie wymiotów to nie był problem, szło mi całkiem nieźle. Aż do momentu, kiedy zjadłam prawie pół lodówki (poszłam do sklepu dokupić majonez), a żołądek odmówił współpracy i postanowił jednak nie oddawać tego, co kryje w sobie. Płacz, ryk, histeria, standardzik, że tak powiem. Cóż, zawsze otaczały mnie wspaniałe kobiety – i tym razem uratowały mi skórę kontaktując z psychologiem. W tym całym odchudzaniu i tyciu, kiedy nagle znikała mi twarz i kości obojczyków wystawały kompletnie z mojej bluzki, najgorsze były te komentarze
i gratulacje, że tak cudownie wyglądasz, bo schudłaś. Pragnienie bulimii to był akurat efekt innych cudownych pomysłów. Miałam akurat nogę w gipsie, kiedy wpadłam na pomysł żeby zacząć się odchudzać. Była wizyta u pani (niby) dietetyk, waga do  gramów etc. oraz fachowo określone BMI. Pani zważyła mnie wraz z gipsem, jakby nigdy nic
i stwierdziła, że mam nadwagę. Dałam sobie wkręcić tę debilną diagnozę i fruuu. Do niejedzenia! Pani, była oczywiście kretynką, ale mnie nic nie było w stanie powstrzymać. Nawet matura, co tam matura. Jak się zawezmę będę Anją Rubik albo Kate Moss. Jak to było? „Nic nie smakuje tak dobrze, jak bycie chudym.”

W pewnym okresie naszego życia prawie każda z nas była na takim haju. Haj się skończył, człowiek trochę dorósł i jednak inaczej ma poustawiane priorytety. Ale ślad zostaje, we mnie został. Do czego zmierzam w tej pokrętnej, bebechowej notce? Że mówienie ludziom, iż wcale nie muszą poddawać się obecnym kanonom piękna, bo mają wolny wybór to bzdura. Współczesna kultura nie daje Ci wyboru, jeśli jesteś kobietą, a raczej niewielki. Reklamy, czasopisma, moda – to wszystko lansuje podobny model, model chudy (dobra, szczupły) i zadowolony. Ostatnio coś się rusza, bo jeszcze należałoby być fit i to nie jest złe. Ale centymetry nie mogą być miarą Twojego ani Mojego sukcesu. Są jeszcze inne pola w życiu, na których można go odnieść. Strasznie smutno mi się zrobiło, kiedy Crystal Renn, którą bardzo lubiłam schudła i to drastycznie.

Widocznie ona też nie poradziła sobie z presją, której niby nie ma. Ale  według mnie jest. To jest właśnie ta ściana, z którą każda z nas się mierzy, każda ma swoją oczywiście. Własną, jak to się mówi osobistą. I bardzo podziwiam osoby, które nie mają tego typu problemów „pierwszego świata”. Które mówią, „A co tam, pokocha mnie takim jakim jestem” czy „Ale wspaniale dziś wyglądam.” Mnie się takie momenty zdarzają, chciałabym, żeby było ze mną częściej. I nad tym właśnie pracuję. A teraz czekam na złośliwe komentarze.

Katarzyna Barczyk
vel LADY PASZTET