5 pytań O… macierzyństwo i feminizm

2


Dzisiaj rozmowa z Anną Kowalczyk autorką bloga Boska Matka, którą widziałam po raz pierwszy na VI Kongresie Kobiet na panelu o macierzyństwie, ale dopiero w tym roku postanowiłam do niej podejść i zagadać. Udało się nam wymienić kilka zdań, a teraz odpowiedziała na moje pytania w cyklu „5 pytań O…” . Pytania zainspirował jednen z moich znajomych, który poprosił o komentarz do kwestii feminizmu i macierzyństwa. Ja sama jeszcze nie znam tego tematu za dobrze, dlatego wolałam zapytać Boską, która niejedno ma za sobą.

Poniżej wywiad a na samym dole linki do głośnych publikacji Boskiej Matki.

Boska Matka we własnej osobie
Boska Matka we własnej osobie

 

  1. Jak to jest być mamą i feministką? Często pojawia się zarzut, iż te dwie role się wzajemnie wykluczają

Niby dlaczego miałyby się wykluczać? To tak samo niemądre jak przeciwstawianie feminizmu kobiecości, choć przecież ciągle ktoś próbuje to robić. Ale zgadzam się, że ponieważ XX-wieczny feminizm skupił się na wywalczeniu dla kobieta prawa do nie-bycia-matką, mogło powstać takie wrażenie. Tymczasem współcześnie, przynajmniej w naszym kręgu kulturowym, decyzja, czy i jak wiele razy być matką, jest coraz częściej efektem świadomego, wolnego wyboru, a do tego (o czym też niegdysiejszy feminizm milczał) źródłem wielkiej radości, satysfakcji, spełnienia.

Oczywiście, nie można zapominać, że nadal w wielu miejscach na świecie większość kobiet doświadcza “przymusu macierzyństwa” (niektórzy pewnie powiedzą, że w Polsce też, choć ja się z tym nie zgadzam), że kolejne nieplanowane/niechciane ciąże i obowiązki macierzyńskie są głównym narzędziem zniewolenia kobiet, głównym źródłem opresji, zwłaszcza ekonomicznej. I to też, niestety, jest prawda o współczesnym macierzyństwie. Ale nawet tam, gdzie posiadanie dzieci jest dobrowolne i planowane, z macierzyństwem wiąże się całe mnóstwo tematów drogich feministkom, bo związanych z wolnością i podmiotowością kobiet. Coraz częściej mi się zdaje, że macierzyństwo to w ogóle jest najważniejszy feministyczny temat. Bo jasne, że tysiące kobiet ma w plecy, gdy starają się o najwyższe stanowiska w biznesie czy polityce, ale jednak większość kobiet się nie stara i nawet by nie chciała. A matkami prędzej czy później zostaje większość z nas. I tu się otwiera całe ogromne “pole walki” dla feministek. Począwszy od prawa do przyzwoitej opieki ciążowej czy godnego porodu (co jak pokazują Fundacja Rodzić Po Ludzku czy akcja Lepszy Poród nadal nie jest w Polsce standardem), przez partnerski, podział obowiązków opiekuńczych, kończąc na ukróceniu dyskryminacji związanej z posiadaniem dzieci na rynku pracy. Bo – jak pisze w swojej świetnej książce “Unfinished Business. Women. Men. Work. Family” Anne-Marie Slaughter – obecnie to nie płeć, tylko posiadanie dzieci, jest główną barierą dla osiągnięcia powodzenia zawodowego i finansowego.

Bezdzietne kobiety pną się po szczeblach kariery tak samo szybko, albo nawet szybciej niż mężczyźni. Mężczyźni, którzy przejmą większość obowiązków opiekuńczych wypadają z gry tak samo, jak kobiety. Ale ponieważ większość kobiet jednak prędzej czy później decyduje się na dzieci, a większość mężczyzn przedkłada obowiązki zawodowe nad rodzinne, to na razie jest, jak jest. Fajne jest to, że w tym tradycyjnym podziale ról jest już ciasno nie tylko kobietom. Także mężczyźni coraz częściej dochodzą do wniosku, że spędzanie życia w pracy, to nie jest szczyt ich marzeń i nie to im daje szczęście.

  1. Pamiętam, że pierwszy raz usłyszałam o Tobie przy okazji Twojego listu go Gazety Wyborczej, gdzie pokazałaś, jak bardzo jesteś wkurzoną matką. Nadal się wkurzasz?

No wkurzam, wkurzam. Choć już mniej na to, jak wygląda polska “debata o macierzyństwie” i że Gazeta Wyborcza do czego innego nawołuje, a co innego uprawia względem swoich pracownic. Już też trochę po mnie spływa, że się wygania do kibla kobiety karmiące piersią, albo bredzi o tym jak “wózkowe” zawłaszczają przestrzeń. Bardziej mnie wkurzają pozory “polityki prorodzinnej”, to całe śmieszne becikowe, 500 zł na dziecko, itp. To, że się odbiera samozatrudnionym kobietom szanse na przyzwoity zasiłek macierzyński, że państwo jest bezradne w kwestii niepłacenia alimentów, że giganci przemysłu spożywczego skutecznie i bezkarnie zniechęcają polskie kobiety do karmienia piersią, za to dziecko poczęte z in vitro musi mieć to w papierach, albo że kobiety, które zdecydowały się na samodzielne in vitro przed ustawą odzyskają prawo do swoich zamrożonych zarodków, dopiero jak sobie znajdą faceta (sic!) i tu państwo ma strasznie dużo do powiedzenia.

Oczywiście obyczaje, język, tzw. mentalność w kwestiach dotyczących rodzicielstwa jest niezwykle ważna, sprawcza i bywa wkurzająco antykobieca, ale to jeszcze można obśmiać, ośmieszyć, olać i po prostu robić swoje. Ale kiedy prawo i finanse publiczne umacniają niesprawiedliwe i szkodliwe dla wszystkich, także mężczyzn, przeświadczenie, że dzieci to jest “problem kobiet”, a praca opiekuńcza jest nieważna, można za nią nie tylko nie płacić, ale w ogóle jej nie dostrzegać, a nawet karać osoby, które się jej poświęcą, to mnie to wkurza po stokroć bardziej.

 

  1. Czy w związku z macierzyństwem poczułaś się wypchnięta poza polski dyskurs feministyczny? Nawiązuję do książki Agnieszki Graff i już troszkę wygasłej dyskusji o tym, że polski feminizm zapomniał o matkach. Zapomniał?

Ja tak naprawdę zaczęłam dla siebie odkrywać polski feminizm dopiero jak zostałam matką. Była jedną z tych dziewczyn, na które Sylwia Chutnik złościła się, że chociaż korzystają w pełni ze zdobyczy feminizmu, kompletnie nie dostrzegają, że mogą to robić właśnie dlatego, że nie ktoś-tam, tylko właśnie feministki, to dla nich i za nie wywalczył, a one już nie muszą. (tu link do wywiadu http://www.edziecko.pl/rodzice/1,79353,11641393,Sylwia_Chutnik___Naprawde_nie_wiem_o_co_chodzi_z_tym.html). I też akurat zostałam matką w momencie, w którym Agnieszka Graff wydała swoją “Matkę feministkę”, fundacja MaMa była już znana i lubiana, a na Kongresie Kobiet pojawiły się matkowe tematy i panele. Więc dla mnie akurat identyfikacja z polskim ruchem feministycznym zaczęła się właśnie od tematów macierzyńskich. Nagle spostrzegłam, że to co mnie dotyczy i obchodzi, o czym piszę, jest przez polskie feministki żywo dyskutowane i co ważniejsze, realizowane. I to w sposób, z którym mogę się zidentyfikować bardziej niż gadanie o naturalnym “powołaniu kobiety do bycia matką” i tym, jak to “uśmiech dziecka wynagradza kobiecie każdą krzywdę”.

Z drugiej strony, czytam nie raz jak to “tematy macierzyńskie zdominowały dyskurs feministyczny” i że to jest backlash, a mówienie, że kobiety mogą woleć swoje “uwiązanie przy bachorach” od nieskrępowanej samorealizacji i że wcale nie pragną w tydzień po porodzie wracać do korpo, bo im przepadnie życiowa szansa, cofa nas o dekady, to sobie myślę, że czasem dyskurs sobie, a kobiety sobie. I że nie lubię, jak ktoś mi mówi, co mnie bardziej uszczęśliwi, nawet gdy są to inne feministki.

  1. Jak myślisz, skąd taki medialny powrót do tradycyjnego podziału ról wg płci? To echo backlashu i reakcji na nadchodzące zmiany czy raczej znak, że niezbyt wiele udało się zmienić?

 Nie mam wrażenia, że tradycyjny podział ról wg płci, czyli jak rozumiem, na ojca-głównego żywiciela i matkę-główną opiekunkę, był ostatnio jakoś szczególnie zachwiany. Oczywiście z uwzględnieniem tego, że kobiety wcale nie od dziś, ani od wczoraj pracują na dwóch etatach – domowym i zawodowym i oprócz bycia opiekunkami są też żywicielkami, bo mało kogo stać, by utrzymać rodzinę za jedną pensję. Mnie się akurat podoba to, że feminizm przestaje być rozumiany jako “prawo do bycia jak faceci”, bo to na dłuższą metę też jest antykobiece. Jak pisze w “Supermenkach” Debora Spaar, dopóki świat nie przestanie działać wyłącznie na “męskich warunkach”, kobiety będą tylko jeszcze bardziej pognębione tym, że nie mogą “mieć wszystkiego”. Co z tego, że gigantycznym nakładem pracy i poświęcenia odnajdą się w męskim świecie i nawet odniosą sukces na męskich zasadach, skoro to nadal nie jest dobry świat dla kobiet? To zresztą działa w dwie strony.

Mężczyźni też duszą się od przymusu konkurowania, pięcia się wyżej, zarabiania więcej, itd. Decyzja, żeby zawiesić albo ograniczyć pracę zawodową na rzecz opieki nad dziećmi (albo starzejącymi się rodzicami, chorymi przyjaciółmi) nadal jest w Polsce dużo bardziej ryzykowna zawodowo i towarzysko dla mężczyzn niż dla kobiet. A wielu mężczyzn właśnie tak wolałoby wybrać. Wiele kobiet też tak wybiera, mimo że mają pracę, do której mogą wrócić. Bo chcą. Więc tu nie chodzi o proste odwrócenie ról, które nas teraz wszystkich uszczęśliwi, bo bycie z dzieckiem to taki dramat, a zasuwanie od 8 do 16 plus nadgodziny, to szczyt marzeń. Raczej o to, by to był realny wybór i to dla obojga partnerów, a nie czysto teoretyczny, bo i tak wiadomo, że dziećmi to się zajmują baby, a prawdziwi mężczyźni targają do domu mamuta.

  1. Czego chcesz nauczyć swojego syna? Myślisz, że będzie feministą?

 Myślę, że będzie kim chce, ale raczej mu nie przyjdzie do głowy, że zmienianie pieluch jest niemęskie. Tylko tego akurat nauczy się bardziej od swojego taty niż ode mnie. Na razie go uczę, że chłopcy też powinni po sobie sprzątać, a nie czekać aż zrobią to za nich dziewczynki.

Katarzyna Barczyk
vel LADY PASZTET