Izkierka z Internetów

4


Pamiętam moje pierwsze zetknięcie z internetem. A właściwie Internetem.

Na Internet się chodziło. Pieszo do liceum i technikum. To było pod górkę i dość daleko. Byłam tam sala, w niej szereg komputerów. Duże monitory, myszki i klawiatury. Na krzesełkach grupa zdezorientowanych osób płci różnej, która starała się dowiedzieć o co chodzi w Internecie. Czegoś się szukało, coś się wpisywało. Zakładało skrzynkę pocztową na O2. Nikt nie wiedział o co chodzi.

Ale to była miłość. To właśnie była miłość. Potem Internet się udomowił. Związany kablem modem z telefonem i pikanie, którego nie da się zapomnieć. Serce także mi pikało, kiedy mój brat pokazał mi IRCa i odkrył przede mną uroki czatowania na kanałach tematycznych. Przepadłam. O komputer zaczęły się wojny o wiele gwałtowniejsze niż te toczone Herose of Might and Magic.

Ja po prostu poczułam się jak w domu. Nagle szybko i skutecznie łączyłam się z ludźmi, którzy czytali te same książki, mieli podobne fascynacje i stanowili dla mnie źródło życiowej inspiracji. Nie mogę niedoceniać ich wkładu w moje dzisiejsze „ja”. Ćwiczyłam się w nierównej walce na pyskówki i argumenty. Zawsze młodsza i głupsza, bo z większością dzieliła mnie spora różnica wieku. Myślę, że to byli odważni ludzie, bo jakoś nie odpychali gówniary z małego miasta. Co więcej: nawet spotkania w tak zwanym „realu” nie rozczarowywały. Rozczarowania bywały innego typu: miłosne oczywiście. To w każdym razie zostawię na boku. W każdym razie wiem, ile im zawdzięczam i jak wiele się od nich nauczyłam. To była dla mnie bezpieczna przestrzeń w czasie, kiedy w realu nie bardzo mi wychodziły znajomości z rówieśnikami. Rówieśnicy byli do mnie lekko uprzedzeni ze względu na fakt, na który nie miałam wpływu. Za to w Internecie byłam tylko ja. Ta prawdziwa: izkierka.

Potem było pisanie bloga. Pierwszy, do którego nie mogę zaglądać, bo mnie bolą zęby od tej nastoletniej rozkminy. Ktoś to jednak czytał, bo trochę ludzi do mnie zaglądało. Nigdy się nie zniechęciłam do pisania bloga, chociaż miałam okresy przerw. Zawsze wracałam, bo czułam, że muszę na bieżąco wyrzucać z siebie rzeczywistość. Z czasem się wyrobiłam i myślę, że niektóre moje posty są naprawdę całkiem niezłe. Dlatego piszę cały czas i wtedy, kiedy najdzie mnie ochota. Żeby się cały czas doskonalić i próbować okiełznać myśl.

Patrząc w przeszłość, a więc w ekran naszego współdzielonego z bratem komputera widzę rzecz następującą: Internet bardzo dużo mnie nauczył. Szukania znajomych oraz odpowiedzi. Niespecjalnie ktoś chciał mi pomagać, kiedy zapragnęłam korzystać maca na początku studiów, bo był to laptop niszowy. Zadając pytania wyszukiwarce opanowałam sprzęt i tak robię do dziś. Jestem spokojna o dzisiejsze „dzieci sieci”, bo nie widzę nic złego w przenikaniu się dwóch światów. Czasami wszyscy potrzebujemy ucieczki z jednego do drugiego świata, a Internet daje nam możliwość teleportacji.

Znajomi z #wiedzmina czy #zalnika nie zniknęli, bo gdzieś tam na łączach zawsze mogę ich znaleźć. Żałuję, że umarł IRC, bo fajnie byłoby wrócić do zażartych dyskusji na tematy różne i te światopoglądowe i wiedźminowe. Wiem jednak, że tam są Ci ludzie, których ja pamiętam tak jak oni mnie: z przeszłości. Oni widzą dziewczynę z aparatem na zębach. Ja widzę ich twarze, które da się rozpoznać nawet będąc przelotem w innym mieście.

Raz jeszcze bardzo Wam dziękuję.

Katarzyna Barczyk
vel LADY PASZTET