Mandarynka. Recenzja.

0


Pomiędzy kibicowaniem Jessice Jones w dopadnięciu swojego stalkera obejrzałam wczoraj Mandarynkę . I trochę nie wiem, co myśleć. To niezależny film, niskobudżetowa produkcja z Los Angeles wyreżyserowana ajfonem przez Seana Bekera. Oto transseksualna prostytutka Sin-Dee (Kitana Kiki Rodriguez) wychodzi z pierdla w Wigilię. Spotyka się ze swoją przyjaciółką Alexandrą (Mya Taylor) przy pączku tylko po to by się dowiedzieć, że jej chłopak Chester ją zdradza, jakby tego było mało zdradza ją z kobietą. Od tego zaczyna się długi spacer po LA, w którym wkurzona Sin-Dee wyrzuca z siebie bardzo dużo agresji, by w końcu wyładować ja na swojej ofierze. Stukając obcasami i kręcąc biodrami przemierza miasto z wytarganą za kudły rywalką.

Mandarynka. Fotos z filmu.

Film jest bardzo dynamicznie nakręcony, lekko kiczowaty i momentami przypomina teledyski z dużą ilością różu, a jednak zostawia uczucie niedosytu. Oto Sin-Dee prawdziwa drama queen nie potrafi wyjść poza schemat tego, że tym kto naprawdę robi jej krzywdę nie jest bynajmniej „rybiara”, ale jej chłopak. Dziewczyny rzucają się sobie do gardła walcząc o jego uwagę i mimo, że do wiatru zostaje wystawiona każda z nich to nie pojawia się tam refleksja, iż wszystkie mają ten sam problem: na imię mu Chester. Gdzieś w połowie filmu urywa się najciekawszy wątek armeńskiego taksówkarza Razmika, który jest rozdarty pomiędzy tradycyjną rodziną, czyli żoną i córką oraz ciotkami i teściową, która przybyła by im pomóc, a tym, iż największą frajdę sprawia mu seks z transseksualnymi prostytutkami. Ta postać ma w sobie jakąś tajemnicę i jest świetnie zagrana. To bezradność zarabiającego na chleb mężczyzny, który sam nie wie czego tak naprawdę pragnie, uwięziony pomiędzy patriarchalnym schematem swojego życia a wolnością, którą da mu życie poza nawiasem. Niestety nie powie tego, co chciałby powiedzieć Sin-Dee, bo jego wątek nagle się urywa. Miasto Aniołów nikomu nie pozwala odetchnąć, a najmniej swoim bohaterkom, które mogą się kłócić i wyzywać, ale tak naprawdę mają tylko siebie i swoje niezrealizowane marzenia. Jak choćby to aby śpiewać. Nie przykryją wszystkich swoich problemów rozświetlaczem ani tuszem do rzęs, choćby nie wiadomo jakby się starały. Są na marginesie amerykańskiego społeczeństw, zepchnięta do rewiru transseksualnych prostytutek, z którego nigdy się nie wydostaną. Nawet biała skóra i bycie hetero na niewiele się zdadzą w tym smutnym, zrobionym z plastiku i biedy świecie, gdzie najważniejsze to przetrwać każdy kolejny dzień.

To nie jest komedia, chociaż jest kilka momentów, gdzie można się uśmiechnąć. To smutny film o prostytutkach, alfonsach, dilerach, spelunach i taksówkarzach. O tym, że ich pojedyncze historie zazwyczaj kończą się źle. Chociaż… są tam małe momenty przywiązania, miłości i przyjaźni. Wielki plus za ścieżkę dźwiękową oraz największy dla twórców filmu za pokazanie z wielkim wdziękiem i gracją transseksualnych aktorek, które robią wrażenie na ekranie. Są wyraziste, mocne, czasami brutalne i bardzo kobiece. Strasznie mi się to podobało, chociaż liczyłam na więcej w sensie fabularnym, to w pełni mogę się zadowolić właśnie tym efektem. Zerknijcie bo warto i dajcie znać czy Wam się spodobało.

I jeszcze jedno, duży ukłon dla dystrybutora, który nie bał się podjąć promocji tak odważnego filmu. Mandarynkę można będzie obejrzeć w kinach od 12 grudnia.

Katarzyna Barczyk
vel LADY PASZTET