Pięć rodzajów książek

, ,

Korzystam z tego, że mój mózg nie jest już opuchniętą galaretką, na którą napiera cały świat. Wciąż jest mi przykro, że jestem chora, bo nie mogę partycypować w tej budzącej się przed oczami wszystkich wiośnie. Te wszystkie liście, pąki, kwiaty gotowe do skoku przyprawiają mnie o dreszcz, trochę podniecają nawet. Czekałam na to przez całą zimę, myślałam bardzo często o wiośnie. Byłam grzeczna i przyszła. Zaraz się ustabilizuje, rozwinie i będzie mi żal, że mnie omija ten najpiękniejszy początek. Oglądam pąki magnolii za okna, nawet nie marudzę, bo magnolia wciąż piękna, jeszcze nie pokazała na co ją stać.

Dzisiaj świętujemy Dzień Książki, także chciałam napisać o książkach, które lubię. Bez motywu przewodniego, bez spiny, bez okazji. Właściwie to czytam mniej niż kiedyś, bo więcej czasu zabierają mi inne czynności, takie jak sport czy życie towarzyskie. Nie wiem do końca o czym miałoby to świadczyć.

Są książki, które lubię. Otwieram, zaczynam i płynę sobie przez nie beztrosko. Trochę się ich wstydzę, bo to kryminały, zazwyczaj ze Skandynawii. Wstydzę się, bo bardzo łatwo przeniknąć ich fabułę i można dojść do wprawy po jakimś czasie, ale nie znam lepszej literatury na czas podróży. Wsiąkam totalnie, nic nie słyszę i nie muszę się niczym przejmować. Bardzo mi to odpowiada w samolocie lub pociągu. Lubię także te skandynawskie didaskalia społeczne, zaczepianie problemów związanych z korupcją, przemocą, nierównym traktowaniem ze względu na płeć, brakiem nadzoru nad władzą. Pociąga mnie fakt, że fabuła jest pretekstem do krytycznego opisu rzeczywistości. Dlatego może wcale nie powinnam się wstydzić?

Są książki, które pokochałam i już nikt nie zmieni mojej opinii. Wśród nich zawsze będzie Heban Ryszarda Kapuścińskiego czy Sto dni Lukasa Barfussa. Wiem, że to nuda i często o nich mówię, ale nie nudzę się nimi. Tak, jak nie nudzi mnie Szwejk czytany w odcinkach, raz na jakiś czas, tak dla kurażu. Nie wracałam już od jakiegoś czasu do Sapkowskiego czy Tolkiena, ale pewnie czytałoby mi się ich dobrze. Tak jak i całą serię o Harrym Potterze, bo czemu nie. Wróciłam jakiś czas temu do książki 17 kur na Tasmanię Tadeusza Zimeckiego i ogarnęło mnie duże wzruszenie. Kochałam też Jeżycjadę, chociaż całej nie zmogłam i wolę wracać do Kwiatu kalafiora. Tam mi dobrze. To są właśnie książki, gdzie jest mi dobrze. Przyznam się jeszcze do pewnej guilty pleasure a jest nią twórczość niejakiej Mercedes Lackey. Fantasy tak złe, że aż dobre, zaludnione przez wspaniałe, mądre
i silne kobiety. Jak mogłabym tego nie uwielbiać?!

Są książki, które przyprawiają mnie o dyskomfort. Czytam je, ale po plecach przebiega mi dreszcz. Tak się dzieje czasami i trudno to uporządkować. Gniew Miłoszewskiego, Fioletowy hibiskus Chimamandy Ngozi Adichie, niektóre z książek Albińskiego, Bator czy Tokarczuk mają w sobie coś mrocznego. Po kręgosłupie przebiega dreszcz. Ma to w sobie również książka Halber, gdzie cały czas zadajesz sobie pytanie „To ja czy to nie ja?”. Jakby ktoś wiercił Ci dziurę w brzuchu. To reportaże różnej maści, które bardzo lubię i właściwie łykam na raz. Książki, które nas ruszają, nie chcą zostawić w spokoju.

Są książki, które są kompleksami. Z jakiegoś powodu uważamy, że powinniśmy je znać. Mieć przeczytane i odrobione, nawet jeśli za miesiąc nie będziemy o nich pamiętać. Wszystkie te Czarodziejskie góry, Anny Kareniny czy inne klasyki. Zdarza się, że nam się spodobają i jakoś z nami zostaną. Ja tak pokochałam Bez dogmatu Sienkiewicza, chociaż innych jego rzeczy nie jestem w stanie przełknąć. Dobrze jest mieć takie książki, bo jednak wypełniają nam listę lektur obowiązkowych. Czasem coś z niej wypadnie, ale chyba nie ma co się stresować za bardzo.

Są książki, które nas wkurwiają. Złe, źle napisane, nudne, ciągnące się jak guma do życia. Mam taką wadę, że jak zacznę to chcę skończyć. Wypadałoby i wtedy się muszę męczyć i mordować z czyjąś grafomanią. Naprawdę rzadko zdarza mi się porzucić przeciwnika, wolę go zmóc, ale ten boks dużo mnie kosztuje. W głowie mam cały czas pytanie „Po co sobie to robisz?” a jednak nie mogę przerwać. To jak oglądanie naprawdę złego filmu, kiedy już jesteś na kanapie, pod kocykiem, obok stoi herbata. Trudno zmieniać i od nowa bawić się w wybieranie. No to brniesz. Dla fanów naprawdę złej kinematografii bonus – obejrzyjcie sobie film z Matthew McConaughey Magic Mike. To jest tak złe…po prostu złe.

A Wy co polecacie za lektury? Dajcie znać koniecznie!

Dodaj komentarz