Recenzja „Złotej godziny” Sary Donati

1


Raczej nie zwróciłabym uwagi na Złotą godzinę, gdybym natknęła się na nią w księgarni. Po pierwsze, okładka wskazuje na romans, a ja raczej unikam takiej literatury, a do tego tytuł absolutnie nic nie mówi o treści. Chyba że jest się fanatykiem fotografii, to wtedy sprawa wygląda zupełnie inaczej. Jednakże dużo jest prawdy w powiedzeniu: don’t judge a book by its cover, bo to wciągająca powieść.

W Złotej godzinie poznajmy dwie kuzynki o tym samym nazwisku oraz wykonywanym zawodzie. Zarówno Anna, jak i Sophie to lekarki, które łączy płeć, ale dzieli kolor skóry. Sophie jest mulatką z Nowego Orleanu, a Anna jest biała. Obie nie mają lekko jako lekarki w XIX-wiecznym Nowym Jorku, ale oczywiście Sophie ze względu na swój kolor skóry doznaje o wiele większej dyskryminacji. W każdym razie są dla siebie rodziną, wzajemnie się wspierają w codziennych trudnych sytuacjach. O jak słodko!

I byłaby to jedna z wielu powieści zwanych złośliwie „kobiecymi”, gdyby nie fakt, że w tym przypadku w ogóle mnie nie razi to określenie. Nie cierpię go na co dzień, gdy szafuje się nim na prawo i lewo, zazwyczaj niesprawiedliwie określając mianem „prozy kobiecej” książki mało znanych autorek. Jednak waleczny duet dwóch młodych kobiet zajmuje się tematem, który jest bliski raczej wszystkim kobietom chcącym decydować o swojej płodności. Oto w XIX wieku w Ameryce pomoc w dokonaniu aborcji jest przestępstwem, a za samo rozpowszechnianie materiałów na temat możliwych sposób antykoncepcji grozi więzienie oraz zakaz wykonywania zawodu. Brzmi znajomo? Co prawda wydawałoby się, iż są to czasy słusznie minione, ale nie można być pewnym ani dnia, ani godziny. Zawsze ktoś wie lepiej, co dla nas dobre, tak jak wiedzieli to panowie z Towarzystwa na Rzecz Walki z Występkiem, którzy w ramach prewencji konfiskowali pornografię oraz broszury informujące o sposobach zapobiegania ciąży.

Na tym polega główny dramat obu bohaterek. Ich pacjentki to w większości kobiety, które mają za sobą kilka porodów i nie chcą już kolejnych ciąż. Niestety, lekarki nie mogą im pomóc w świetle obowiązującego prawa, w związku z tym boleśnie odczuwają swoją niemoc i rozgoryczenie pacjentek. Poza tym są bacznie obserwowane przez swojego wroga nr 1, czyli Pana Comstocka, który to zrobi co w jego mocy, aby sprowokować je do popełnienia błędu. Zwłaszcza że jedna z pacjentek Sophie dokonuje aborcji, co rzuca podejrzenia na lekarkę oraz jej kuzynkę. I tutaj rozpoczyna się kryminalna fabuła, której nie chcę zdradzać. Być może ktoś morduje zdesperowane kobiety, które chcą pozbyć się ciąży?

Od razu przyznaję, że pośród wielu wątków, jakie przewijają się przez te bez mała 800 stron, ten dotyczący zapobiegania ciąży, braku dostępu do informacji o antykoncepcji oraz aborcji, jako zabiegowi wykonywanemu w podziemiu, o którym wszyscy wiedzą, ale każdy udaje, że ta sprawa go nie dotyczy, był mi szczególnie bliski. Ta powieść w sposób dosadny pokazuje, w jaki sposób społeczeństwo chce kontrolować kobiety poprzez kontrolowanie ich ciał. Oczywiście wiemy, iż jest to narracja o XIX-wiecznym Nowym Jorku, ale to, że tak wiele elementów opisanych przez Sarę Donati wciąż jest aktualnych w XXI wieku, wzbudza we mnie dyskomfort. Jak dla mnie to kolejna książka, która w poprzez formę powieści, z romansem, wielką miłością i historią wielkiego miasta w tle, pokazuje, że prawa kobiet to wciąż świeża rzecz i że zawsze znajduje się grono konserwatystów, które uzurpuje sobie prawo do decydowania za kobiety. Aktualność tych zagrożeń wzbudza we mnie duży smutek.

Złota godzina to melodramat, ale dobrze się czyta tę opowieść o brudnym mieście, pełnym przybyszów z każdej strony świata, którzy próbują się odnaleźć swój American dream. To książka o przemianach społecznych, które niczym kropla drążą skałę, ale wciąż potrzeba czasu, aby zaakceptowała je większość społeczeństwa. Jest to dla mnie także opowieść o rasizmie, który idzie w poprzek koloru skóry i dotyka nie tylko mulatkę Sophie, ale i włoskie czy czarne lub irlandzkie rodziny. Pochodzenie jest rodzajem stygmatu i chociaż każdy jest przybyszem z zewnątrz, to przynależność do bogatej holenderskiej rodziny jest zaszczytem, natomiast bycie ubogim Włochem powodem do kpin. W każdym razie bardzo polecam, bo to dobra książka na jesienne i zimowe wieczory, czyta się wartko, bohaterki można polubić. Mnie przeszkadzały opisy scen miłosnych, jak dla mnie nazbyt słodkie, ale każdy lubi co innego. Brawa dla autorki za podjęcie trudnych tematów w takiej właśnie formie i cieszę się, że znalazło się wydawnictwo, które zdecydowało się na przybliżenie tej powieści w Polsce.

 

Korekta: Artur Jachacy.

Katarzyna Barczyk
vel LADY PASZTET