Jak skopać swój własny tyłek?

, ,

Rok temu przebiegłam wrocławski półmaraton. W tym roku byłam biegać tylko kilka razy, a dziś zamiast jakiegokolwiek sportu wolałam wybrać kieliszek białego wina i pizzę. I czuję się źle. Czuję się źle, bo zamiast cieszyć się i dobrą pizzą i tym kiepskim winem, robię sobie wymówki. Bo rok temu było inaczej i mimo, że fatalnie zdarłam sobie kolano w trakcie biegu, to wstałam i byłam niczym ta Wonder Women, którą w zeszłym tygodniu oglądaliśmy w kinie.

A teraz kim jestem? Sama nie wiem. Nie wyobrażam sobie, tego, że w zeszłym roku regularnie dwa razy w tygodniu chodziłam na siłownię, biegałam sprinty i byłam tym wszystkim podekscytowana. Teraz jestem podekscytowana, kiedy przez cały dzień mogę sobie czytać i oglądać seriale. Podświadomie oczekuję karty za to moje złe zachowanie względem bycia fit, ale waga ani nie drgnęła. Wciąż jest taka sama, a ja czuję się w sumie dobrze, nawet pięknie.

Nie umiem tego logicznie wytłumaczyć, ale odpuściłam sobie, tylko jeszcze tego nie zaakceptowałam. Lubię wysiłek, siłownię, długie trasy rowerowe, bieganie w lesie i naukę pływania kraulem. Bardzo to lubię, ale teraz kompletnie nie mam na to siły. Praca mnie wyczerpuje w sposób, którego nigdy wcześniej nie odczuwałam. Przynosi satysfakcję, ale i zabiera czas na te rzeczy, które kiedyś wydawały mi się oczywistością. Sama siebie nie poznaję, kiedy po raz kolejny nie mogę wstać rano o godzinie, o której dzwoni budzik. Zawsze kochałam wstawać rano, bo to mi dawało czas dla siebie. Teraz wstanie o 6.45 to bohaterstwo, kiedyś bez problemu wstawałam o 5.00.

Te pół roku mnie zmęczyło. Czekam na tydzień wakacji niczym zakochana nastolatka wróżąca sobie z akacji. Odrywam kolejne listki i liczę dni. I nawet nie mam do nikogo pretensji, tylko, że mnie to zaskoczyło. Że można się tak stresować i tak bardzo przejmować pracą, jeśli to jest Twoja firma. Trudno wytłumaczyć ten stan, ale na dłuższą metę to musi być wykańczające. To dla mnie kolejny dowód, jak bardzo i jak często się nam zmieniają w życiu priorytety. Dbanie o sylwetkę nagle znika, gdy pojawia się coraz więcej skomplikowanej pracy. Za to pojawia się stres, który może zjada wszystkie te pokłady zmagazynowanego tłuszczu. Nie wiem czy tak jest, ale tak to sobie tłumaczę.

I jest mi smutno, że tak bardzo mi się nie chce, bo czuję, że sama siebie zawodzę. Oczywiście, zaraz przyjdzie mądry coach i podpowie mi, jak mam się zmotywować. Tyle, że ja nie chcę motywacji. Ja chcę czuć, że mam chęć. Czekam na tę chęć z utęsknieniem i wypatruję jej na horyzoncie. Mam nadzieję, że się wkrótce zjawi. A póki co daję sobie prawo do bycia leniwą i niezadowoloną, do tego, że nie zawsze muszę być perfekcyjna w każdej dziedzinie życia.

I mam jeszcze jedną puentę na koniec, którą podsunęła mi koleżanka: że to nie jest tak, że coś jest nam dane raz na zawsze i że zawsze się nam chce, że trzeba mieć w sobie zgodę na to, że czasami się nie chce. Przebiegnięcie kilku półmaratonów wcale nie spowoduje, że zawsze będzie Ci się chciało biegać tak mocno, jak wtedy, gdy przekraczasz na metę. Czasem kanapa jest jedynym możliwym wyjściem, ale to nie jest jest dane raz na zawsze, tak jak raz na zawsze nie dostaje się licencji na bycie super fit. To walka, w której czasami odpuszczamy, aby wrócić i skopać sobie samej tyłek, niczym amazonki w Wonder Women. Chociaż przyznam, że ich piękne atletyczne ciała mnie troszkę zdołowały Zaraz po seansie zjadłam frytki z batatami i super sosem i na chwilę mi przeszło, dobre były.

2 komentarze do “Jak skopać swój własny tyłek?”

  1. Doskonale rozumiem. Sama przechodzę tę fazę co jakiś czas. Zajawka na sport, zdrowy styl życia, wyglądam coraz lepiej i te endorfiny! A potem dzieje się coś (najczęściej jakaś fajna, nadprogramowa praca, ale do tego stres). Mija tydzień bez siłowni, biegania i z obiadem zjadanym w pośpiechu w barze mlecznym. Potem kolejny. Po trzecim tłumaczę sobie, że jedna pizza w tygodniu to nic złego, bo chodzę więcej, niż do tej pory. A po czwartym pan we włoskiej pizzerii na osiedlu przyjmuje zamówienie słowami „to samo, co wczoraj?” 😉 Oczywiście trochę teraz wyolbrzymiam. Ale długo zajęło mi zrozumienie, że powinnam być dla siebie wyrozumiała. Że życie jest po to, żeby żyć. Nie katować się. I żeby być szczęśliwą. Nie patrząc w lustro i na licznik w endomondo, ale być szczęśliwą ze sobą. Robić to, na co ma się ochotę i potrzebę.- wczoraj to był sport, dzisiaj kariera, jutro może po prostu sobie wszystko odpuszczę.

  2. Wspaniały tekst, znowu będę Cię linkować <3 Ja z kolei uczę się szanować swoje ciało, gdy przeszarżuję (swoją drogą ładne polskie słowo, co nie?). Ostatnio nadwyrężyłam nadgarstek i codziennie się uspokajam, że jak przez tydzień nie poćwiczę tak intensywnie, jak zwykle, to nic się nie stanie. Czasem po prostu trzeba odpuścić, dla swojego własnego dobra.

Dodaj komentarz