Stella, czyli I don’t give a fuck

8


Dzieła kultury są fajne. Każdy z nas może sobie z nich wyciągać to co chce i interpretować je po swojemu. Dwie osoby oglądające ten sam serial będą widziały dwa inne światy. To banał, ja wiem, że to banał, ale wciąż mnie zaskakuje jak ważny.

Od tygodnia siadam do komputera z nadzieją, że uda mi się napisać niezwykle przenikliwy tekst o „The Fall”. Obawiam się, że mi się to nie udaje. W każdym razie mam wrażenie, że utknęłam. Jednak jedząc jabłko w pracy (jabłko jako symbol olśnienia!) doszłam do wniosku, że ten serial porusza mnie tak bardzo, bo widzę w nim kwestię bardzo dla mnie istotną właśnie w tym momencie życia.

Wypłynęłam na wody singlowania zupełnie do tego nieprzygotowana. Oszczędzę czytelnikom opisów moich stanów emocjonalnych oraz poszczególnych etapów odkrywania o co, w tym wszystkim chodzi. Przez wiele lat żyłam sobie w związku, zadowolona i mniej lub bardziej szczęśliwa. A potem nagle BOOM! Podjęłam decyzję o tym, żeby związek zakończyć. Jest to sytuacja zdecydowanie dezorientująca. Ogarnięcie tematu zajęło mi mniej więcej rok.

Czego się przez ten rok dowiedziałam?

Przede wszystkim tego, że wszyscy jesteśmy pozornie pootwierani, a tak naprawdę mocno zamknięci. W głowach mamy sztywne plany, schematy i bardzo trudno jest nam od nich odejść. Trzymamy się reguł, nawet tych, które nam nie pasują, żeby nie wyjść przed szereg i nie narobić sobie kłopotów. Sami siebie wtłaczamy w jakieś ramki, żeby łatwiej nam było uporządkować swój emocjonalny bałagan. To tyle z mądrość. W każdym razie…

…wciąż szukam modelu bycia, takiego, który by mi odpowiadał. Nazwałam sobie ten model na własne potrzeby „I don’t give a fuck”. Trudno się do niego dąży, człowiek upada, potem powstaje, potem znów upada i tak do porzygania.

Jednak kiedy widzę Gillian Anderson w roli Stelli Gibson, to przede wszystkim czytam ją jako model seksualności, który mi się podoba. Model zdecydowanie mało popularny. Oczywiście to tylko jeden ze sposobów bycia-w-świecie (hehehe wybaczcie, nie mogłam sobie tego odmówić), ale często pomijany i mam wrażenie, w kulturze popularnej również niezbyt dobrze rozpracowany.

Stella Gibson o orzeczeniu, podmiocie i dopełnieniu.

Nie będę się powtarzać, bo pisała o tym Nat. Trudno jest w naszej kulturze być kobietą seksowną i seksualną. Stella właśnie taka jest. Panuje nad swoją seksualnością, bo to jest coś dla niej, a nie dla kogoś innego. Brawurowo zagrała ją Gillian Anderson w każdym geście, rozpięciu bluzki, malowaniu ust. Sposób w jaki maluje paznokcie osobiście uważam za kontrowersyjny, ale nie czepiajmy się, w końcu to serial. Serial pokazujący kobietę, która jest seksowna, bo taka właśnie chce być i aboslutnie nie umniejsza to jej walorów intelektualnych. Opanowana i bystra. Znająca siebie i swoje potrzeby. Potrafiąca sięgnąć po to, co jej się podoba, a raczej po kogoś, kto jej się podoba. Ustalająca reguły gry i stawiająca granice. Jest taka scena, która odnosi się do spotkania Stelli i jej byłego kochanka w hotelowym pokoju: on na coś liczy, ona nie ma ochoty. Potem tę scenę omawiają i ona mówi mu, że przekroczył granice i że to była przemoc. On się z nią nie zgadza, bo przecież nie zrobił jej krzywdy – nie uderzył, nie zmusił. Oczywiście wszystko to w przeciwieństwie do mordercy, którego oboje ścigają. Jakże piękny jest to przykład niezrozumienia, że przemoc nie polega nie tylko na fizycznym robieniu krzywdy, ale także na przekraczaniu ustalonych przez nas granic.

Mało mamy takich kobiet, nawet w serialowym świecie, które cieszą się swoją seksualnością. Zazwyczaj seksualność kobiet łączy się z chichotem, jak w przypadku Samanthy Jones albo z emocjonalnym defektem, jak u Sagi Noren. Można uprawiać seks będąc narkomanką, jak w przypadku Siostry Jackie, ale to prawie zawsze jest układ, mający jej przynieść narkotykowe korzyści. Jest jeszcze Sooki oraz wampirki dwa, która chciałaby i boi się i tak przez siedem sezonów.

Odnoszę wrażenie, że Stella Gibson jest pierwszą postacią w serialowym świecie, która nie ma w sobie tego całego „i chciałabym i boję się”. To dezorientuje nie tylko serialowe postacie, ale także recenzentów i recenzentki, którzy skupiają się na tym, jak je kanapkę. Policjantka Gibson nie będzie się nikomu tłumaczyć ze swoich łóżkowych wyborów i doskonale analizuje to w jednej ze scen, kiedy tłumaczy koledze, że to kochanek mógł ją poinformować o tym, że ma żonę i dzieci. Na pytanie dlaczego o to nie zapytała, odpowiada: „He didn’t bother to tell.”. Doskonale rozkłada na czynniki pierwsze mizoginię w kolejnych odcinkach, kiedy mówi o tym, że ofiar przemocy nie powinno się dzielić ze względu na to, czy są potencjalnie „winne” czy „niewinne”.

Dlaczego Stella jest mi bliska? Cóż. Wciąż lubimy oceniać kobiety tak w ogóle, a kobiety, które prowadzą życie dalekie od męża, dzieci i stabilizacji lubimy chłostać trochę bardziej. Niby liberalni, coraz bardziej otwarci, lubimy jednak oceniać i zaglądać ludziom do łóżek. Nie jestem bez winy, też lubię plotki. Ale bywa mi autentycznie przykro, kiedy rozmowa staje się oceniająca. Stella uczy, że należy przyjąć postawę stoicką, która brzmi: I don’t give a fuck. Odkrywanie swojej seksualności niestety może nas narazić na straty, bynajmniej nie moralne, ale związne właśnie z tym, jak będą się do nas odnosić inni.

Co więcej uważam, że ten serial doskonale rozgryza kilka kwestii: splot męskiej dominacji i mizoginii, pokazuje przemoc na kilku poziomach, porusza temat robienia kariery przez kobiety, ma w sobie refleksję na temat tego, jaką spuściznę pozostawił po sobie kościół katolicki w Irlandii. Oczywista jest przemoc mordercy wobec swoich ofiar, ale to, w jaki sposób je uśmierca nie jest bez znaczenia. Traktuje je jak przedmioty, jak lalki. Ale tak samo był traktowany morderca przez swoich opiekunów w katolickich ochronkach. Przemoc zdecydowanie nie jest sportretowania jednowymiarowo. Serial pokazuje również, jak trudno jest postaciom nie traktować w ten sposób głównej bohaterki (sorry, ale dla mnie to jest główna bohaterka a nie model od bielizny CK). Gibson nie ma problemu z dominacją nad towarzystwem, bo nie przychodzi jej do głowy, że mogłaby być w czymś gorsza lub sobie nie poradzić. Przeraża i fascynuje, budzi niechęć nie tylko swoją urodą i rzeczowym sposobem bycia, ale także tym, że nie zależy jej ani na opiniach ani na sympatii współpracowników. Myślę o tym także w kontekście książki Sheryl Sandberg, gdzie cały czas pojawia się myśl „Chcesz zrobić karierę w męskim świecie? Spraw, aby Cię lubili.” Gibson nie jest od lubienia, jest od działania.

Jeszcze jedna refleksja, a mianowicie taka, że w recenzjach natykam się na to, że morderca jest sympatyczny i wzbudza  widzów, może nie współczucie, ale jakieś ciepłe odczucia. Idealny mąż, ojciec, kochający dzieci, ten, który nie skrzywdziłby dziecka ani kobiety w ciąży (no niestety, stało się, co zrobić). We mnie nie wzbudza jego postać żadnych ciepłych uczuć. Widzę w tej postaci manipulanta i mordercę, nikogo więcej, chociaż doceniam fakt, że nie jest jednowymiarowy. W przeciwieństwie do Gibson nie fascynuje mnie zupełnie.

A Wy jak macie?

Katarzyna Barczyk
vel LADY PASZTET