Womanizer, czyli Britneys back. Recenzja

1


Pisaniu tej notki towarzyszły wątpliwości. Nie byłabym sobą, gdybym sama sobie nie zadawała pytań. Oto na moim blogu, który ma misję przede wszystkim edukacyjną oraz publicystyczną pojawia się recenzja wibratora. Czy to nie nadszarpnie zaufania tych, którzy czytają mnie z szukając tutaj przede wszystkim wiedzy o feminizmie? Czy będę wiarygodna, kiedy napiszę recenzję gadżetu? Staram się być blogerką, którą sama chciałabym czytać. I to jest bardzo ambitne zadanie. Kiedy zdecydowałam się opublikować ten post pomyślałam sobie, że w końcu tak czy siak chodzi o poznanie możliwości i o wiedzę. Wiedzę na temat siebie samej, której tak bardzo brakowało mi kiedy byłam młodsza o te dziesięć, pięć czy nawet trzy lata temu.

Seks to nie jest łatwy temat. I nie jestem tutaj wyjątkiem. Kiedy zastanawiam się nad tym, co różni mnie od siebie samej sprzed lat to wiem, że to jest wiedza o tym kim jestem, co lubię i czego oczekuję. Wciąż szukam lepszych odpowiedzi. Seks to ważna część życia każdego człowieka i dlatego warto o nim wiedzieć dużo i próbować nowych rozwiązań. To jest jak ruch i wszystkie inne ćwiczenia fizyczne, dieta oraz odpowiednie dbanie o siebie. Tylko poświęcając czas sobie samej możemy się czegoś o sobie dowiedzieć. Nikt tego za nas nie zrobi, ponieważ żyjemy w kraju, gdzie na pewne tematy się nie rozmawia, nie uczy się o nich i nie traktuje ich poważnie. Wszyscy niby wiedzą o co chodzi, a tak naprawdę każdy szuka po omacku. Może dlatego było mi trudno zdecydować się na ten wpis, bo sama wciąż szukam odpowiedniej formuły dla tego bloga.

Przypomniała mi się moja notka o tym, że w Polsce nie odbyła się rewolucja seksualna. O tym, że moje młodsze koleżanki są tak bardzo spragnione wiedzy na temat seksu. Teraz wydaje mi się to dziwne, ale może sama też taka byłam? Może nie miałam wtedy z kim o tym pogadać albo nie wiedziałam jak? Wciąż potrzebujemy nowych źródeł wiedzy. Być może jednym z nich będzie nowy rodzaj wpisów na tym blogu nie tylko o gadżetach, ale także o zdrowiu seksualnym, o tym czym jest pornografia i gdzie szukać wiedzy. Mam kilka pomysłów. O pornografii możecie poczytać w moim cyklu „5 pytań O…”, gdzie rozmawiałam z Nat.

Dajcie znać, co myślicie. A poniżej recenzja.


 

Są rzeczy których w swoim życiu nie przewidzisz. Jedną z nich jest kumplowanie się z sekspozytywną blogerką. Najpierw tylko gadacie, a potem nagle… rodzi się wspólnota testerek. Doświadczenia należy wymieniać , a żeby móc je dzielić trzeba przetestować to i owo. I w taki oto sposób już drugi masażer od Nat zjawił się w mym zaciszu domowym. Lubię ją przede wszystkim za to, że pozwoliła mi wybrać kolor, a raczej deseń…. Z trzech możliwych wariantów wybrałam ten w panterkę.

Mrrrau.

Womanizer

Obiekt moich testów nazywa się Womanizer i za każdym razem kiedy go używałam w głowie słyszałam piosenkę Britney Spears o wiadomym tytule. Ciekawy pomysł twórców produktu. Zapewne ich burza mózgów wyglądała tak: a gdyby nasz wibrator mógł być piosenką Britney, to którą by był? Bingo!

 

Najpierw jednak należy posłuchać innej pieśni naszej ulubionej gwiazdki pop. Oto przychodzi do Ciebie solidne pudełko, w którym znajduje się jeszcze jedno pudełko i już nucisz pod nosem „Break the ice”. Lody przełamuje się stosunkowo łatwo, bo etui na masażer jest przyjemne dla oka i dłoni. Wygląda jak różowy piórnik Aśki z 3 C. W środku znajdziemy ładowarkę, masażer, dodatkowe sylikonowe nakładki, które na pewno nie są „Toxic” oraz instrukcję obsługi. Tego Aśka już raczej w piórniku nie nosi. Cieszysz się niczym Britney w swoim klipie…

 

Britney Spears Womanizer

Jednak zanim zabierzesz swój egzemplarz do sauny to warto przeczytać instrukcję obsługi. Womanizer nie jest wodoodporny, a więc lepiej nie zabierać go ze sobą w ciemne i wilgotne miejsca. Co innego same nakładki, te oto można wziąć ze sobą nawet w podróż na kraniec świata.

Ten zaskakujący gadżet nie chce od Ciebie żadnego „Piece of me”. Ssąca sylikonowa nakładka służy do stymulacji łechtaczki, a raczej tego co ją bezpośrednio otacza. Gadżet jest o tyle nietypowy, że się nim nie porusza poszukując najprzyjemniejszych doznań, ale na stałe przytyka do części owe doznania gwarantującej. Można regulować jego drgania dzięki wspaniałemu, tandetnemu przyciskowi w kształcie brylancika. Zwiększać moc ale już nie zmniejszać, co trochę wieje rutyną. Generalnie można słabo zacząć i mocno skończyć, ale tempa w trakcie zmienić się już nie da. Nat w swojej recenzji pisze, iż funkcję tę udoskonalono w najnowszym, niedostępnym jeszcze w ojczyźnie, modelu.

Za to zawsze można sobie zafundować „Hit me baby one more time” i zacząć zabawę od nowa. Na pewno jest to świetna opcja dla fanek seksu oralnego, których partnerzy nie czują się nazbyt dobrze w tej dyscyplinie. Wtedy sięgnięcie po Womanaziera to jedyny logiczny wybór, a potem już tylko „Oops I did’t agian!”.

Nie wiem czy Womanizer finalnie doprowadził mnie na szczyt, gdzie odśpiewałam mu pochwalne „Drive me crazy”. Trudno mi ocenić czy to kwestia gadżetu, czy raczej stresującego okresu w życiu. W każdym razie sama idea tego gadżetu nadzwyczaj mnie podnieca. W końcu doczekałyśmy się na rynku masażera, który ma za zadanie stymulować łechtaczkę, w sposób oddający w miarę naturalnie seks oralny.

Chociaż kocham motywy w panterkę to mam wrażenie, że jest taki właśnie trochę gadżet jak dla fanek Britney Spears, dlatego tak ucieszyła mnie wieść, że następna wersja wibratora jest już o wiele bardziej dystyngowana. Womanizer kosztuje około 600 PLN w sklepie Secret Place, a więc fajnie byłoby za tę kwotę kupić zabawkę, która się nam po prostu podoba.

Podsumowując to daję duży plus za sam pomysł oraz fakt, że gadżet można łatwo umyć i higienicznie przechowywać w odpowiednim etui. Dwuletnia gwarancja oraz sposób wykonania to kolejny plus. Podoba mi się opcja wyboru kolorystyki, ale chyba jednak wolałabym minimalizm. Gadżet na pewno należy do innowacyjnych ze względu na to, iż delikatnie zasysa łechtaczkę i dzięki temu dostarcza wiele frajdy użytkowniczce. Raczej nie podzielisz się nim z chłopakiem ale za to już z partnerką jak najbardziej. Jeśli już zdecydujesz się na wspólną zabawę z chłopakiem to możesz mu oddać kontrolę nad swoim ciałem i zanucić mu niczym Britney: „I’m slave 4 you”… A potem wykonać dziki taniec jak za najlepszych czasów oldschoolowej już gwiazdki pop.

 

Katarzyna Barczyk
vel LADY PASZTET