Wyznania kujonki, czyli czasami uczymy się najwięcej nie robiąc nic

4


Mam w sobie wewnętrzną prymuskę. Ty też?

Czasem udaje mi się sobie odpuścić. Czasem nie. Chociaż mało kto to w to uwierzy to bardzo przejmowałam się szkołą. Od podstawówki do studiów, aż po studia dyplomowe i każdy możliwy do wyobrażenia sobie kurs. Byłam głodna sukcesów, dobrych ocen, pochwał. Nie, żeby mnie nie chwalono, myślę, że całkiem często dostawałam bardzo pozytywne sygnały, ale to jak z akceptacją własnego wyglądu – nikt nas nie przekona za nas, że jesteśmy fajne. Albo fajni.

Wewnętrzna ameba

Miewam momenty kiedy zamieniam się w amebę i potrafię oglądać seriale odcinek za odcinkiem. Jak nie seriale to czytać serie kryminalne do absolutnego znudzenia. Być może jest to jakiś sposób na reset i pewnie byłby całkiem skuteczny, gdyby nie to, że gdzieś tam w tle ciągle tli się malutki wyrzut sumienia. Że można by produktywniej spędzać czas. Napisać tekst, odpisać na list, zrobić porządek w szafie. Zrobić cokolwiek. Tak żeby się samej usprawiedliwić przed sobą, że to wcale nie tak, że nie robi się nic.

Najdłuższe wakacje w życiu

Co ciekawe jednym z najmniej produktywnych okresów w moim życiu był rok spędzony na Erasmusie. Naprawdę jeśli chodzi o naukę, bloga, studia specjalnie nie działo się nic. Poświęcałam czas trzem rzeczom: świeżo poznanym przyjaciołom, książkom oraz nauce języka hiszpańskiego. Studiowanie polonistyki w Madrycie nie było wymagające, magisterka była czymś odległym jak inna planeta, a ja wiedziałam, że to miasto, ten rok, ten stan już się nigdy nie powtórzy. Być może nie zrobiłam nic w swej kujońskiej ocenie, za to jeśli chodzi o tzw. Życie to zrobiłam mnóstwo. Każde wspomnienie mieszkania przy Calle Embajadores metro Delicias, napawa mnie lekkim ukłuciem gdzieś w głębi brzucha.

Nie żałuję przebimbanych dni

I kiedy spotkałam ostatnio część z tych ludzi, którzy ten wartościowy czas ze mną spędzili te 10 lat temu, a mam takie szczęście, że nam się chce, że się lubimy, szukamy kontaktu i zapraszamy się na wesela, to poczułam jeszcze mocniej, że to nie był stracony czas. Że te dziewięć miesięcy pozornego bezruchu dało mi bezcenne osadzenie w świecie, więź z innymi ludźmi, dodało mi pewności siebie i że to było warte każdej chwili. I dlatego, kiedy słyszę, że na Erasmusie nie robi się nic, to się trochę wściekam. Bo czasem to „robienie” ma bardzo różne wymiary.

Mniej się malujemy, mniej się przejmujemy

I tak kiedy rozmawiałam z moją pokrewną duszą, Ozge, która z Trucji przeniosła się do Londynu i życie jej kilka razy po drodze diametralnie zmieniło bieg, to oprócz stwierdzenia, że o wiele lepiej się malujemy niż 10 lat temu stwierdziłyśmy, że obie o wiele mniej się przejmujemy. Trochę nauczyłyśmy się olewać, odpoczywać, dbać o siebie mimo swoich zapędów do ciągłego bycia w ruchu.

Odpuszczam wewnętrznej kujonce

I tak, chciałabym, żeby częściej przydarzały mi się sukcesy niż porażki, żeby sprawy się układały tak, jak ja chcę, ale powoli się uczę tego, że nie zawsze mam kontrolę. Że już nie wystarczy się czegoś dobrze nauczyć, że kolejny kurs nie przyniesie mi odpowiedzi i nie da gwarancji sukcesu. Uczę się po prostu rozwiązywania problemów, czasem ich olewania, a przede wszystkim ogromnej cierpliwości. Z tą ostatnią idzie mi naprawdę średnio.

 

Korekta: Artur Jachacy

Zdjęcie: Death to the Stock.

Katarzyna Barczyk
vel LADY PASZTET