Zakazane ciało, czyli historia niekończącej się męskiej obsesji. Recenzja

11


Nie chce mi się pisać. Wolę oglądać, jak Robin Wright jako Claire odzyskuje podmiotowość i bez męża staje się zołzą na miarę swoich możliwości. Mam fajne życie, biegam sobie, kupuję tulipany w Biedronce, spędzam super weekendy z moim super chłopakiem albo w towarzystwie moich super przyjaciół.

Zmuszam się jednak, bo buzuje we mnie gniew. Tuż po lekturze „Zakaznego ciała. Historii męskiej obsesji” Diane Ducret wzięłam się za „Ginekologów” Jürgena Thorwalda i trudno mi powstrzymać dreszcze. To jednak nie przeziębienie, ale bezsilny gniew. Obie te książki, chociaż bardzo różnią się formą, to w swojej wymowie są bardzo podobne: pokazują cierpienia kobiet trwające przez wieki i trudno nie reagować wzburzeniem, kiedy uświadomimy sobie, że to wcale się nie skończyło i w niektórych miejscach świata trwa w najlepsze.

Na pierwszy ogień idzie książka Diane Ducret. „Zakazane ciało” to przede wszystkim historia maltretowania łechtaczki. Oczywiście po czasie możemy sobie mówić, że to, co nieznane, budzi ciekawość, i starać się jakoś usprawiedliwić tę obsesję, jak celnie nazwała to zjawisko autorka książki. Ja mam jednak wrażenie, że to, jak traktowano narządy rodne kobiety przy całej ówczesnej wiedzy – lub jej braku – na temat działania ludzkiego ciała, odzwierciedla przede wszystkim całą pogardę przez wieki okazywaną kobietom jako płci. Szowinizm i mizoginia, które radośnie hulają do dziś po świecie, to nie przypadek. To nasz spadek po przodkach. W historii spisanej przez Ducret kobiety rzadko pojawiają się w roli sprawczej – zazwyczaj są ofiarami działań mężczyzn.

Owszem, uwielbiam przywoływany przez autorkę mit o macicy krążącej po ciele czy o pochwie z rzędem ostrych ząbków, która odgryza penisy. To są wspaniałe opowieści, tak samo jak frywolna poezja poświęcona kobiecym pagórkom. Jednak nie jest przyjemna lektura, bo choć od czasu do czasu udaje się znaleźć chwilę oddechu w postaci anegdoty, to jednak jest to książka o cierpieniu.

Im bardziej się nią zagłębiamy, tym straszniej się robi: ilość łechtaczek, które padły ofiarą rzeźników na życzenie nawet nie mężczyzn, ale samych kobiet proszących o usunięcie tego, co czyni je wadliwymi, jest przerażająca. Zwłaszcza jeśli zdamy sobie sprawę, że „obrzezanie” żeńskich narządów wciąż trwa całym świecie w imię „tradycji”,. Słowo tradycja pojawia się kiedy mówimy o najbardziej prymitywnej w świecie chęć kontroli kobiecej seksualności, poprzez naznaczenia ciała tak, by na zawsze jakiejkolwiek dziewczynce, a potem dorosłej kobiecie nie przyszło do głowy czerpać radości z seksu. Ducret opisuje ciała kobiet jako pola walki, które służą do zdobywania, gwałcenia i naznaczania. Dzieci rodzące się z tych gwałtów i rozdarcie, jakie towarzyszy ich wychowywaniu. „Zakazane ciało” to wielowątkowa opowieść, w której znajdziemy także informacje o początkach ginekologii oraz położnictwa, a także o akuszerkach, które zbijały fortuny na przeprowadzaniu aborcji a potem szły na szafot.

W związku z tym pojawia się według mnie pewien zgrzyt. Po pierwsze ilość tematów i wątków jakie podejmuje autorka sprawia, że tak naprawdę książka się rozmywa. Nie byłam w stanie skupić się na pogodnych i frywolnych fragmentach, jak na przykład opowieść o wojnach fryzjerstwa łonowego i walki o możliwość portretowania łona przez wielkich artystów. Jednak obok znajdziemy historie tak tragiczne, pełne bólu i cierpienia, że trudno to jakoś wszystko ze sobą pogodzić. Śmieszne historie o pierwszych wibratorach obok opowieści o szydełku do wywoływania poronień. Jak dla mnie to za dużo. Rozumiem, że to pozycja popularnonaukowa, która ma edukować w lekki sposób, ale podczas lektury czułam poirytowanie. O ile wynalezienie podpasek jednorazowych i tamponów oraz inne ciekawostki historyczne są inspirujące, o tyle mam wrażenie, że autorka chwyciła kilka srok za ogon i przez to książka się rozmyła. Generalnie mogłaby się nazywać „Wszystko, co kojarzy się z waginą”.

Zachęcam jednak do lektury, bo to bardzo ciekawa książka i dobrze się ją czyta, a ja może po prostu nie lubię takiej formy. Podobnie mam często z amerykańskimi autorami, których skłonność do anegdociarstwa mnie szczerze mierzi. Nie potrafię tego dobrze ująć, ale jestem wyczulona na schematyczne budowanie narracji typu „od szczegółu do ogółu” i uważam, że czytelniczkom i czytelnikom należy się trochę więcej wysiłku autora.

A może tak naprawdę wkurza mnie nie styl, jakim została napisana ta książka, ale jej przerażająca aktualność? Wystarczy rozejrzeć się dokoła i poczytać codzienną prasę, by uświadomić sobie, że ta łechtaczkowa obsesja wciąż trwa. Zmieniają się narzędzia, ale walka o wiedzą wciąż trwa. Przeniosła się z sypialni do ministerstwa edukacji, gdzie ustala się programy edukacyjne. Ograniczanie dostępu do rzetelnej i naukowej wiedzy o tym, jak działa ludzkie ciało zarówno u kobiet jak i mężczyzn to według mnie wciąż ta sama walka o władzę. Bez rzetelnej wiedzy wciąż nie będziemy lepsi od ginekologów sprzed wieków, którzy po omacku przeprowadzali operacje na kolanach z zawiązanymi oczyma.

 

By Rania Naim

Egzemplarz do recenzji otrzymałam od Wydawnictwa Znak.

 

 

 

 

Katarzyna Barczyk
vel LADY PASZTET