Obudź w sobie dziewuchę

3


Bieganie jest jak wietrzenie mózgu. Pomysły się krystalizują i wtedy powstają wpisy. Miałam w głowie kilka luźnych zdarzeń, które dzięki przeczytanemu na szybko listowi do redakcji w ostatnich „Wysokich Obcasach” spięły się w całość.

 

W liście tym zdeklarowana feministka opowiada o tym, że razem z dwoma innymi koleżankami czują się przytłoczone seksizmem w miejscu pracy. Wiele je dzieli, ale odczuwanie złej atmosfery w pracy je łączy. Myślałam, myślałam i wymyśliłam, co bym im odpowiedziała, gdyby mnie zapytano. Pewnie mnie nie zapytają, ale za to Wam powiem, co  sądzę.

There’s power in a union, czyli bądźcie solidarne

Nigdy nie sądziłam, że ostatnie wydarzenia przywrócą w tym kraju znaczenie wyświechtanego słowa solidarność. Ale jednak tak się stało i trzymajmy się tego kurczowo, żeby się nam nie rozmyło i nie uciekło na kolejne 25 lat. Dziewczyny, jesteście we trzy, a więc już macie jakąś małą grupę wsparcia. Możecie sobie założyć antyseksistowski związek. Tak, weźcie pod uwagę, że będą docinki, będą głupie teksty i chichoty. Muszą być. Odzyskiwanie swojego miejsca nie należy do zadań łatwych. Samo marudzenie i opowiadanie sobie, że jest nam źle, naprawdę mało zmienia.

Mam dla Was kilka rad i anegdot. Po pierwsze, aby zarysować tło, powiem, że pracuję razem z bratem w jednej firmie. Jest z nas idealny dream team, ale to musiało zabrać trochę czasu. Też mamy za sobą sprawy kawowe, bo nic tak nie obrazuje współczesnego życia biurowego, jak bitwy o to, kto ma robić kawę. Poskarżyłam się kiedyś moim rodzicom, że zawsze ja robię tę kawę, jak mamy klientów, i że mnie to wkurza. Usłyszałam od nich trzy słowa: To nie rób.

I przestałam robić kawę, chociaż odmawianie nie jest łatwe. Odmawianie pierdół jest według mnie jeszcze trudniejsze. Powiedziałam magiczne słowo „nie” po raz pierwszy, drugi, trzeci, a potem się okazało, że nawet mówić nie muszę, bo mamy system wymienny. Raz ja robię kawę, a innym razem robi ją mój brat.

Lekcje empatii, czyli spróbujcie pokazać, jak się czujecie

Kochane dziewczyny z listu do „Wysokich Obcasów”! Nie idźcie z taką sprawą do szefa lub szefowej, bo każdy nakaz z góry budzi opór. Śmiertelnie poważnie przedstawcie kolegom grafik robienia kawy, bo macie swoje zajęcia i obowiązki, a nie należy do nich usługiwanie kolegom w pracy. Będą jęczeć, będą marudzić, ale jak zostaną sami z ekspresem do kawy, to naprawdę ogarną. Wymaga to od Was solidarności i uporu, ale efekty będą. To bardziej pewne niż stosowanie diety cud. Wytrzymajcie miesiąc, a zobaczycie, że zgasną uśmieszki, a sprawa stanie się oczywista.

Widzicie, to nie jest do końca tak, że mężczyźni są jakimś odrażającym, brudnym i złym gatunkiem, który narodził się, aby uprzykrzać nam życie. Patriarchalne społeczeństwo nie oczekuje od nich empatii, to jej nie dają. Naprawdę wielu waszych kolegów nie myśli o tym, że robi coś złego, oni po prostu nie wiedzą, że można inaczej. Trzeba im pokazać, że się da. Być może efekty przerosną ich własne oczekiwania.

Mam jeszcze jedną anegdotę, która jest z zupełnie innej beczki, ale ostatnio dzwonił do mnie kolega. Obdarował mnie opowieścią, która mi się spodobała, ale nie wiedziałam, gdzie ją umieścić. Myślę, że to jest dobry moment. Kolega był w Tajlandii z trzema koleżankami, tak że wylądowali oto w stolicy ping pong show. Dziewczyny jednak nie bardzo chciały oglądać dziewczyny, więc zaciągnęły kolegę na show dla gejów, gdzie byli panowie. Po każdym występie performer przechadzał się z członkiem we wzwodzie i pokazywał go oglądającym, a nawet dość gromko zachęcał do zapoznania się ze swoim organem. Nasz bohater nie bardzo miał na to ochotę, co więcej, po raz pierwszy poczuł, że to niefajne, kiedy ktoś inny ci się narzuca ze swoją cielesnością. Co prawda, stanowi dla mnie zagadkę, czemu heteroseksualnych mężczyzn tak bardzo przerażają inne penisy, ale myślę, że warto się w tym wątku skupić na tym, że dopóki sami nie odczujemy, że ktoś przekracza nasze granice, dopóty mamy blade pojęcie, jakie to właściwie uczucie. Empatii musimy się uczyć od siebie nawzajem.

Wspierajcie siebie i swoje kompetencje

Wracając do mojego brata, to kiedy przyszłam do firmy, nie miałam różowo. Każda nowa osoba w zespole wzbudza na początku negatywne emocje, ludzie są niepewni, muszą się ze sobą oswoić. Ja trafiłam na zgrany duet, który trzymał sztamę i naprawdę życia mi nie ułatwiał. Oczywiście to wszystko nie było wprost, ale koledzy po prostu negowali moje pomysły, zazwyczaj okazywało się, że tego, tamtego i owego zrobić się nie da. Małe codzienne bitewki. To naprawdę było męczące. Mówiłam o tym bratu, mówiłam rodzicom, ale jakoś konkretnie nic się nie dało z tym faktem zrobić do czasu, kiedy mój brat zobaczył, o czym mówię.

Otóż warto chodzić na wszystkie szkolenia. Również te, które mają w nazwie tak obśmiany coaching. Na takim oto szkoleniu mieliśmy pokazać trudną dla nas sytuację w pracy, tak że wzięłam dwóch aktorów, powiedziałam, co mają robić i odegraliśmy scenę. Prawie się popłakałam, tak się chłopaki wczuły. Efekt był natychmiastowy, bo to pozwoliło zobaczyć mojemu bratu, jak się czuję i dlaczego to jest niefajne. Udało nam się wypracować system wzajemnej komunikacji i wzmocnień, na przykład to, że brat podkreślał moje dobre pomysły i mnie wspierał, oczywiście wtedy, kiedy były dobre i warte wsparcia. W każdym razie przełamaliśmy impas, a ja zaczęłam przychodzić do pracy z lżejszym sercem.

Obudźcie w sobie dziewuchę

Wracając do opisanego przez Was problemu w pracy, weźcie pod uwagę jeszcze jedną rzecz. Nikt nas nie uczy odmawiać, bo dziewczynki nie odmawiają. Kiedy to robią, uznajemy je za bezczelne dziewuszyska (tak powiedziała o mnie i moich koleżankach pani wychowawczyni w II klasie podstawówki).  Nie jest łatwo odzyskać w sobie dziewuchę, ale nie jest to niemożliwe. Trzeba ją ćwiczyć i sobie o niej przypominać. Trzeba podejmować decyzje, nawet takie, które się innym nie podobają. Ostatnio znajomi opowiadali mi o swojej córce, którą zapisali na WenDo dla dziewczynek, ale która po jednej serii zajęć stwierdziła, że jej to nie interesuje, bo to takie feministyczne pierdoły i ona to wszystko wie. I spoko. Podjęła decyzję na nie, znaczy się trzeba to uszanować, trzeba umieć akceptować, że ktoś nie chce robić tego, co my uważamy dla niego za dobre. To jest właśnie kreślenie swoich granic. Nie ma co zamykać się w marudzeniu, trzeba szukać rozwiązań. Każdy powinien czuć się w swoim miejscu pracy swobodnie, dlatego warto dawać znać, że nam się nie podobają głupie dowcipy. To ma swoją cenę, ale jak mam do wyboru czuć się dobrze sama ze sobą, a stracić opinię super-zabawnej-do-rany-przyłóż laski, to jednak przeżyję. Wolę swój komfort.

Kochane dziewczyny z listu do redakcji! Zapewne jakiś czas upłynie, zanim to, o czym piszę, stanie się oczywiste, ale kiedyś tak będzie. Żeby tak było, trzeba zmieniać swoje otoczenie. Pomyślcie o tym, że być może Wasi koledzy dzięki temu, że w pracy się pośmieją, bo się czują silni w grupie, wrócą do domu i trochę inaczej spojrzą na świat. Być może wśród nich są także tacy, którym też się to nie podoba, ale się boją pokazać swój sprzeciw. Może wsparcie przyjdzie z nieoczkiwanej strony? Jedno jest pewne, do Was należy pierwszy ruch, bo jak nie Wy, to kto?

 

Korekta: Artur Jachacy

Katarzyna Barczyk
vel LADY PASZTET