Trudno dokarmiać blogusia po 8 godzinach gapienia się w ekran. Sprawa jest tym bardziej skomplikowana, że mimo częstego wietrzenia mózgownicy, nie przychodzą do głowy żadne poważne tematy. Trzebaby pożywić się jakąś Vivą czy inną Galą, ale szkoda czasu. Poza tym, zawsze lubowałam się w pastiszowaniu, a że jestem przy Drwalu niejakiego Witkowskiego, to mię wchodzi jego fraza pod paluszki. Poza tym mała, Wrocławska stabilizacja. Ciepło i przytulnie, z okna mamy widok na srocze gniazdo. Obczajamy, jak ptaszki zrzucają orzeczy na ziemię. Powoli przemieniamy się w hipsterskie mieszczaństwo. Kawka, kino, pogawędki. Ratują nas od czasu do czasu mniej lub bardziej menelskie w stylu imprezy. Poza tym mnie wciągają otchłanie stylistycznego kopirajtignu na zamówienie albo drobne przysługi hiszpańskojęzyczne. I co? I czekam na pierwszą wypłątę. Tymczasem zajadam drożdżowe od boskiej pani Reni, w myślach wspominam ordynarną cukrową słodycz przeklętego cup cake’a, co go zjadłam jakiś czas temu i coś się we mnie burzy. Ble. Przereklamowane świństwo!
Pożegnanie z Pasztetem, czyli koniec pewnej epoki… ale pewnie i początek czegoś nowego!
Czuję, że przyszedł czas się pożegnać. Lady Pasztet, persona, którą wymyśliłam na podstawie swoich licealnych doświadczeń to już przeszłość. Miała to być zabawna odpowiedź, trochę autoironiczna na nazywanie kobiet, a już zwłaszcza feministek pasztetami. Pomysł był prosty – przejąć te obraźliwe wyrażenie i dać mu nowe znaczenie. I to było dobre. Przez lata mi służyło, chociaż myślę, że kontekst już dawno się zatarł. Wiele razy pytano mnie o to, dlaczego…
Czytaj więcej



