Makak, syrena czy królowa? Trzy sposoby na relaks według Lady Pasztet!

0


Chciałabym zawsze poruszać megaambitne tematy, ale nie zawsze się da. Czasami osoba bywa tak zmęczona, że właściwie jedyne wyjście, jakie widzi, to upadek wprost na kanapę i oddanie się błogiej serialozie. Ja przynajmniej zawsze mogę sobie powiedzieć, że robię to ku chwale blogusia. Nie pytam, jaka jest Wasza wymówka! Przed Wami trzy sposoby na to, by się ożywić i doprowadzić do stanu używalności nawet w środku tygodnia.

Zostań makakiem

Moim ulubionym sposobem na totalny reset jest sauna, ale nie zawsze mogę na nią dotrzeć. Bardzo żałuję, że nie mamy sauny w domu. Ale każda z nas wie, jak to jest z tymi nowościami: najpierw korzystamy jak szalone, by potem się znudzić rutyną. Ja staram się z sauny korzystać regularnie, bo to nie tylko miejsce, w którym moje krążenie krwi dowiaduje się o sekretnych i zapomnianych zakamarkach mego ciała, ale także okazja do spotkania z przyjaciółkami. Jeśli nic nie stoi mi na przeszkodzie, to wybieramy się we trójkę zawsze w to samo, sprawdzone miejsce i tam na przemian grzejemy się do czerwoności, schładzamy, aż nam w kostkach hula wiatr, a potem nacieramy peelingami, kremami i wklepujemy maseczki. Wszystko to we wspaniałej kompanii! Można poczuć jedność z makakami, które zawsze chciałam zobaczyć na żywo. Mam nadzieję, że będzie okazja!

Na saunę przynosimy kosmetyki, każda swoje, ale dzielimy się nimi według potrzeb. Odkryciem okazał się peeling enzymatyczny od Organique, który wspaniale wygładza nasze poszarzałe od zimy facjaty. Po twarzy czas na ciało i tutaj przez wiele miesięcy byłam fanką peelingu od Naturative (trawa cytrynowa i kokos), który obłędnie pachnie i zostawia na skórze tłusty film, co w ogóle mi nie przeszkadza, a wręcz odpowiada. Właśnie zamówiłam nowe cudo od Ministerstwa Dobrego Mydła i jest to peeling śliwkowy, który ma jak dla mnie jedną wadę, a mianowicie jest w szkle, co przy częstym transporcie może być kłopotliwe. Za to polecam także opcję kosmetyków na wagę np. kupowanych w mydlarniach, bo dostałyśmy taki prezent od przyjaciółki saunowej i ja oszalałam na punkcie zapachu i konsystencji zarówno peelingu solnego, jak i masła do ciała. Tutaj można zerknąć i zobaczyć, o jakie produkty chodzi, bo nie znam szczegółowych nazw. Zawsze po saunie smaruję twarz grubą warstwą maseczki i wsiadam do auta, a jak wrócę do domu, to już jestem odżywiona, że ho, ho. W każdym razie to jest opcja, którą nazwałabym tą na wypasie, kiedy wszystko sprzyja i można znaleźć czas na przyjemności.

Zostań syreną

To sposób numer dwa, dostępny tym szczęśliwym istotom, które posiadają wannę.  Ja do nich nie należę, co również mnie smuci. Mam nadzieję, że kiedyś się to zmieni, ale póki co zażywam wannowych rozkoszy jedynie w odwiedzinach u rodziców. I tam delektuję się coraz to nowymi znaleziskami. Oczywiście sól do kąpieli to oczywistość, ale ja mam swojego faworyta i jest to sosnowy klasyk od Farmony. Poza tym od czasu do czasu używam olejku pomarańczowego lub jakiegokolwiek olejku, który mnie nie drażni, do inhalacji w kąpieli. Wtedy mam dwa w jednym: przyjemność i uzdrowisko dla nosa. Ale moim odkryciem są absolutnie najcudowniejsze na świecie kule do kąpieli, a precyzyjniej rzecz ujmując, półkule od Ministerstwa. Nie mogę wyłonić faworyta, bo wszystkie były wspaniałe, a zamówiłam każdy dostępny rodzaj. Jednak w święta najpiękniej pachniała cynamonowa! Skóra jest po takiej kąpieli najszczęśliwsza na świecie! Minusem jest to, że wszystkie te wspaniałości zostają na wannie, ale co zrobić… człowiek chce leżeć i pachnieć, to potem musi wannę szorować. Bycie syreną we własnym domu ma swoją cenę…

Zostań królową własnej łazienki

I już ostatni sposób, jedyny, na który mogę sobie pozwolić na co dzień. Oto za chwilową odskocznię służą mi prysznic po pracy wraz z demakijażem. Co za luksus! Przede wszystkim staram się jak najszybciej zmyć makijaż, bo chociaż nie ma go dużo, to lepiej, kiedy skóra oddycha. Tutaj następuje dramatyczna chwila prawdy – chciałabym rzec, że zawsze wykonuję wszystkie kroki koreańskiej pielęgnacji, ale częściej zdarza mi się myć twarz żelem do twarzy i tutaj albo robię to pamiątką z Korei od Missha (tak, mój chłopak uznał to cudo za żel pod prysznic i zużył pół opakowania!), albo pianką od Białego Jelenia, która – wierzcie mi – niejednej tapecie dała radę lepiej niż wszystko inne razem. Potem mleczko, żel micelarny i tonik. O tych produktach kiedy indziej, bo najważniejsze jest, aby pod krem na noc dać trochę olejku i w ramach luksusu i prestiżu zrobić sobie masaż twarzy – wystarczy trochę klepania, szczypania i okrężnych ruchów i nagle okazuje się, że z twarzy schodzi cały stres. Ja używam olejku od Yoskine, ale pewnie każdy się nada. Potem krem pod oczy, krem na stopy i człowiek może siadać do serialu. Niby łatwiej byłoby bezpośrednio po przyjściu do domu, ale… jak to mówią Azjaci: same same but different.

 

Korekta: Artur Jachacy

Katarzyna Barczyk
vel LADY PASZTET