Syndrom Kasandry, #MeToo i chęć skupienia uwagi

1


Co nam zostanie po #MeToo?

Obserwuję sobie akcję #MeToo i ponieważ wszystko dzieje się w trakcie lektury doskonałych esejów Rebekki Solnit, to się wszystko tak pięknie składa, że aż żal o tym nie napisać. W swoich obserwacjach nie będę ani pierwsza, ani ostatnia, ale przyznam, że ta książka daje momentami doskonałe narzędzia do tego, aby sobie popatrzeć na rzeczywistość z zupełnie innego narożnika.

Bo tak naprawdę znamy te historie. Wszystkie ich doświadczyłyśmy w tym samym stopniu jaśniepanienia, jak i molestowania ukrytego w hasztagu #MeToo. Jedyne, co się zmienia, to to, że wiemy, jak nazwać te zjawiska, jak z nieuchwytnego zrobić uchwytne. Solnit pisze o tym, że feminizm tak naprawdę musi pracować ze słowami. Ubierać zjawiska w słowa, by mogły pójść dalej w świat, zagościć na salonach, a potem pojawić się w kodeksach. I stać się realnym narzędziem zmiany. W ten sposób opowiada o molestowaniu seksualnym, którego nie było można precyzyjnie zdefiniować, a które teraz jest karalne. Obserwujemy właśnie, jak rośnie w postaci kuli śniegowej hasztagów.

Kasandra Courtney

Jedną z rzeczy, które przykuły moją uwagę, był krótki film, w którym Courtney Love daje radę początkującym aktorkom w Hollywood. Żeby nie szły do willi Harveya Weinsteina. Ale kim jest Courtney? Dla tych, którzy słuchali Nirvany, to postać niebudząca sympatii. Ja załapałam się już na popłuczyny po grunge’u, ale i tak od zawsze wiedziałam, że nie można jej ufać. To ona wykończyła Kurta Cobaina, złamała mu życie, karierę i w doprowadziła do samobójstwa. I kiedy nagle okazuje się, że to Courtney, ta szalona kobieta, jest Kasandrą. Mówi to, o czym wszyscy wiedzą, ale nikt jej nie słucha. Oczywiście z biegiem lat Courtney stała się dla mnie postacią o wiele bardziej interesującą niż jej partner, ale zajęło mi to sporo czasu. Ciekawe, czy ktoś jej posłuchał w tym 2005, czy po raz kolejny uznano ją za wariatkę, która nie wie, co mówi, i na pewno robi to z zemsty, bo nikt jej nie lubi. Mniejsza już o sympatię, ale tak właściwie to czemu ktokolwiek miałby jej uwierzyć?

Mija 12 lat i nagle okazuje się, że miała rację. Harvey Weinstein to nazwisko, które kojarzyć się będzie z molestowaniem seksualnym na najwyższym szczeblu. Nie żeby nikt o tym wcześniej nie wiedział. Na pewno wiedziano, ale trwała cisza. Cisza jest wygodna. Taka sama cisza trwała wokół Terry’ego Richardsona, którego oskarżano o wykorzystywanie modelek. Ale komu jest żal modelek? Mają sławę, pieniądze i jeszcze im mało. Godności się zachciało babsztylom! Co rusz na powierzchnię wypływają kolejne historie, których kiedyś nie słuchano tak chętnie jak dziś.

Chłopcy czekają na lajka

Męskość to skomplikowany obiekt obserwacji. Mam w sobie wiele dobrych uczuć dla różnych facetów, a jednak często w swej masie miewają oni głupie pomysły. Z rosnącym zdziwieniem obserwowałam pojawienie się hasztaga #ItWasMe. Przede wszystkim nie rozumiem, dlaczego w ogóle miałabym dawać głos stronie, która krzywdzi. W imię zrozumienia racji? Aby uspokoić czyjeś sumienie? Pachnie mi to efekciarstwem, które nie raz już obserwowałam w social mediach. Podpadnę, ale podam przykład. Oto jeden z najbardziej rozpoznawalnych w branży startupów pan przygotowuje wideo pokazujące, jak kartel Cali korzysta z jego narzędzia do monitoringu internetowego. Od początku wiadomo, że stąpa po cienkim lodzie, bo każdy, kto ma trochę oleju w głowie, wie, że świat to nie seriale Netflixa. Wystarczy zapytać kogoś, kto mieszka w Meksyku lub ma z nim cokolwiek wspólnego, by wiedzieć, że to jest wojna. Prawdziwa wojna, na której giną prawdziwi ludzie. Ale filmik będzie hulał, bo temat jest na czasie. Po czym następują dramatyczne przeprosiny na fejsie, gdzie przyznajemy się, że głupio wyszło, i dostajemy lajki, że jesteśmy super, bo stać nas na przyznanie się do błędu i przeprosiny.

I podobnie zrobili niektórzy panowie, pragnący uprawomocnić słowa swoich koleżanek, przyjaciółek, matek, córek, babć. Oto przyszli i powiedzieli: tak, mam swoje za uszami, ale teraz przepraszam i czekam na lajka. Lajki przyszły. Jak poczuły się kobiety, które z drżeniem serca, z wielką obawą napisały, że one też? Cóż. Im trudniej dać lajka. Trudno polubić, zauważyć coś, co zapewne autorkę bolało. I tak, zdaję sobie sprawę, że pojawiły się także wpisy o tym, że inni mężczyźni stosują przemoc wobec mężczyzn. Trudno mi się jakoś ustosunkować do tego.

Bo wiecie, mnie nie wkurzają mężczyźni, bo wszyscy jesteśmy ludźmi. Mnie wkurza patriarchalna męskość, która polega na tym, że niezależnie od kontekstu trzeba się rozepchać w danej sytuacji jak w tramwaju. Zająć miejsce. Pokazać się. I niby wiem, że sms od kolegi z Portugali, że „on oczekiwał, że przyjdziemy na piwko” jest zabawny, a jednak mnie kłuje to oczekiwanie. Bo ja, do cholery, nie jestem od spełniania oczekiwań. Jakby napisał, że miał nadzieję, że chciał, że byłoby super. Ale nie, on mi tutaj wyskakuje z oczekiwaniem.

Niespodziewana zamiana oczekiwań

Myślę sobie, że Courtney w 2005 oczekiwała jedynie ostracyzmu, a nie tego, że ktoś jej posłucha. Że kobiecy głos nawet w swojej masie może zostać zdyskredytowany mówieniem, że „to niemożliwe, żeby każda z was!”. Możliwe, naprawdę możliwe. Całkiem realne. Tylko że my się zmieniłyśmy. Już nie chce się nam o tym gadać w swoim gronie. Teraz, panowie, pora posłuchać, bo do tej pory dawkowałyśmy wam pewne informacje. Teraz to my mamy prawo oczekiwać, że zostaniemy wysłuchane. I nie potrzebujemy do tego legitymizacji z waszej strony. Dzięki, poradzimy sobie same. Bo jest nas cholernie dużo i już się nie zamkniemy.

 

Korekta: Artur Jachacy

Okładka wpisu pochodzi ze strony CNN.

Katarzyna Barczyk
vel LADY PASZTET