Pół roku bycia Mamą, czyli gdzie się podział Twój feminizm?

4
Młoda matka z dzieckiem w kolorowym nosidle

Pół roku bycia mamą. To dużo? Mało? Tego nie wiem, ale jedno wiem z pewnością: świat już nie jest taki sam. Ja też jestem kimś innym. W moje życie pół roku temu wkroczył nowy człowiek i od tej pory jest centralnym punktem mojego świata.

Można się na to oburzać. Można tego nie rozumieć. Ja też kiedyś nie rozumiałam, bo myślę, że każda osoba bez dzieci kompletnie nie ma pojęcia, jak nas one zmieniają. To niczyja wina, to po prostu fakt. I zgadzam się z Hafiją – nie mam ochoty słuchać porad o wychowywaniu od osób bezdzietnych, chyba że profesjonalnie zajmują się dziećmi. Bo posiadanie dziecka zmienia wszystko. Często na lepsze, ale zdarza się też, że na gorsze. Dlatego wcale nie uważam, że wszyscy powinni mieć potomstwo. Raczej każdy powinien się milion razy zastanowić, przegadać to z partnerem lub partnerką na 100 różnych sposobów, zanim się zdecyduje na taki krok.

Bez banału się nie obejdzie – dziecko zmienia wszystko

Dziecko zmieniło mnie, zmieniło mojego męża, zmieniło nasz związek. Mieliśmy blade pojęcie o tym, co nas czeka, i wciąż trudno nam sobie wyobrazić, jak to będzie wyglądać w przyszłości. Na razie ma pół roku, a my mamy za sobą sześć miesięcy doświadczeń, z których wcale nie wyłania się prosty schemat i wzorzec. Naszym hasłem jest: „Spodziewaj się wszystkiego”. Chociaż i tak już sporo wyluzowaliśmy. No dobrze, ja wyluzowałam, bo pierwsze dwa miesiące życia z Jerzykiem spięły mnie do granic możliwości.

Jedyne oczekiwania to brak oczekiwań

Cieszę się, że nie miałam jakiejś wyraźnej wizji ani ciąży, ani porodu, ani macierzyństwa. Mam wrażenie, że przez długi czas udawało mi się płynąć na fali i specjalnie nie zastanawiać. Dwa dni przed porodem byłam jeszcze kompletnie nieświadoma tego, że TO rzeczywiście może wydarzyć się w każdej chwili. Widziałam się z przyjaciółką, jadłyśmy pizzę, byłyśmy na krótkim spacerze. To był piątek. A w niedzielę już był Jerzyk. Dwa tygodnie wcześniej, niż się spodziewałam. Kiedy mi powiedziano, że to będzie cesarka, to westchnęłam i pomyślałam sobie „Spoko, niech będzie cesarka”. Pół godziny później odeszły mi wody, a kilka godzin później zaczął się poród i tak oto wydałam na świat dziecko o 17.45 w niedzielę, 10 listopada. A jednak to był początek tej historii, bo od tej pory stałam się jeszcze bardziej odpowiedzialna za synka. Za małą, kruchą istotę, która może polegać tylko na dorosłych. Moja empatia wzrosła o jakieś milion procent i wtedy dokładnie zrozumiałam dwie rzeczy, które do tej pory sobie uświadamiałam, ale od momentu urodzenia dziecka rozumiem je całą sobą.

Nie da się komuś wcisnąć dziecka w brzuch

Pierwsza z nich to to, że bycie w niechcianej ciąży jest torturą. Koniec kropka. Trzeba chcieć być w ciąży, żeby mieć w sobie siłę, aby unieść to doświadczenie. A moja ciąża była kompletnie bezproblemowa. Do siódmego miesiąca ledwie zauważałam, że w niej jestem. Miałam jakiś mały brzuszek, trochę się męczyłam, ale działy się ze mną dziwne rzeczy. Zapadałam w bardzo głęboki sen zupełnie bez kontroli, jakby ktoś mi odcinał prąd. Mój zmysł powonienia powodował, że niektóre zapachy, jak perfumy mojej Mamy, które uwielbiam, były nie do zniesienia. Nagle nie mogłam uprawiać sportów, które kocham. Małe to były niedogodności, bo dla części kobiet w ciąży ten stan oznacza chorobę, znaczne pogorszenie samopoczucia, zmiany nastrojów, mdłości… czymże przy tym była moja zgaga!

Ciąża nie dzieje się tylko w ciele

Nie chodzi tutaj jednak tylko o ciało, ale też o głowę. Bycie w ciąży nie ogranicza się do ciała. Bycie w ciąży jest także w głowie i to, co się w niej dzieje, trudno opisać. Są lęki, strach, niepewność i stres. Jest wielki znak zapytania, co będzie dalej. Są emocje, których nie da się uspokoić. Żeby móc to znosić, trzeba tego chcieć, trzeba wiedzieć, po co i w jakim celu się tak męczysz. Dlatego nie rozmawiam o aborcji z osobami, które nie były w tej sytuacji, tj. w ciąży chcianej lub niechcianej. Odmawiam teoretyzowania, odmawiam opowieści o tych zdesperowanych ojcach, którzy chcą się zająć dzieckiem zaraz po urodzeniu. To w większości są tylko teorie.

Wybór to nie frazes, to prawo człowieka

A fakty są takie, że to kobieta jest w ciąży i to kobieta musi mieć wybór. Bo ten zarodek, który stanie się płodem, a potem dzieckiem, to nie jest poduszka, którą nosisz pod bluzką, a kobieta w ciąży to nie lalka. Miałam kiedyś taką podrabianą lalkę Barbie – naciskasz brzuch i wychodzi z niej dziecko. Poród to ryzyko, ciąża to nie jest stan obojętny dla zdrowia ani fizycznego, ani psychicznego. W związku z tym nie widzę pola do dyskusji o tym z kimś, kto nie urodzi. Tak, dokładnie tak: z większością facetów już nie będę o tym gadać.

Tak dla aborcji

Dla mnie prawo do aborcji stało się dzięki ciąży jeszcze ważniejsze. Dlaczego? Bo moja empatia wobec krzywdy dzieci, które już się narodziły, jest większa niż kiedykolwiek. Nie mogę słuchać tego całego pieprzenia o tym, że „wystarczy urodzić, a ktoś się zajmie dzieckiem”, bo – cholera – tutaj nic nie wystarczy. Nie wierzę w te wspaniałe zapewnienia, że jakiś tajemniczy KTOŚ się dzieckiem zajmie. W jaki niby sposób? Odda pod opiekę fundacji, zabierze do siebie do domu? Gdyby tak to działało, to domy opieki zarówno dla dzieci, dla osób niepełnosprawnych, jak też domy dla osób starszych byłyby puste. Oto każdy, kto deklaruje, zabrałby do siebie osobę potrzebującą. Ale nie każdy z nas jest Anną Alboth i nie każdy umie zaprosić obcą osobę do swojego domu. Czy może ktoś chętny do adopcji? Oczywiście ustawiają się do niej kolejki, jeśli bobas jest piękny, zdrowy, jak z obrazka. A co z tymi dziećmi, które się urodzą i nigdy nie zaznają ciepła? Czułości? Troski?

Chrońmy dzieci narodzone

Ten mały człowiek potrzebuje tak wiele miłości, że skazywanie go na cierpienie po urodzeniu, by wszyscy zwolennicy życia nienarodzonego mieli czyste sumienie, to według mnie skazywanie dziecka na tortury. Nie jakiegoś abstrakcyjnego dziecka, tylko każdego, które zostanie porzucone, odrzucone, oddane do okna życia. Dziecko powinno mieć opiekuna, który jest gotowy się nim zająć. Lepiej, żeby osoby, które wiedzą, że nie są w stanie tego zrobić, mogły podjąć decyzję o przerwaniu ciąży, zanim sprowadzą je na świat. A jeśli ktoś naprawdę nie rozumie, dlaczego niektóre kobiety decydują się na przerwanie ciąży z powodów medycznych, to zapraszam do Patologów na Klatce, tam jest wszystko ładnie opisane.

Czy macierzyństwo zmieniło mój feminizm?

Pytanie o to, jak macierzyństwo zmieniło mój feminizm, pojawia się regularnie. Nie wiem, czy to, co przez tyle lat było dla mnie ważne, nagle miałoby się stać mniej ważne mimo opieki nad synem? Przecież to tak nie działa. Feminizm to dla mnie zbiór wartości, w skład których wchodzi empatia, niezgoda na krzywdę i chęć budowania lepszego świata. Teraz mam jeszcze większą motywację, bo chciałabym, żeby mój syn żył w lepszym świecie niż ten, który obecnie mamy do zaoferowania. Żeby był empatyczny i dobry, żeby doceniał różnorodność, żeby widział w ludziach to, co najlepsze. Dlatego mój aktywizm na pewno się nie skończył. W pewnym sensie dopiero się zaczął.

 

Co jeszcze możesz dla mnie zrobić oprócz zostawienia komentarza i podzielenia się swoją opinią?

Posłuchaj Pasztet Podcast

Wesprzyj moją pracę na Patronite.pl

Obserwuj mnie na InstagramieFacebooku

Katarzyna Barczyk
vel LADY PASZTET